Przepis, o który wszyscy pytacie

 

Screen Shot 2016-08-18 at 13.02.31

zdjęcie z „good housekeeping”🙂

Burgery z buraczków wprowadziliśmy do jadłospisu w tamtym roku i od razu stały się szlagierem. Pani Iwonka doszła w nich do perfekcji i choć przepisów w internecie jest mnóstwo podaję Jej wypróbowaną wersję. To przepis wegański, dzięki kaszy jaglanej i mące kotlety sklejają się bez jajka. Jest też bezglutenowy bo zwykłą mąkę śmiało możemy zastąpić inna.

Na 10-12 kotletów

  • 2-3 surowe buraki utarte na tarce o grubych oczkach
  • czerwona cebula
  • 3/4 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
  • 1/2 szklanka uprażonych pestek słonecznika
  • 1/4 szklanka mąki – może być z cieciorki, jaglana lub gryczana
  • 1/4 szklanka oleju
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 3 łyżki sezamu
  • 2 ząbki czosnku
  • garść natki pietruszki
  • 1 łyżeczka zmielonej kolendry
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • szczypta pieprzu cayenne

Wszystkie składniki, oprócz sezamu, mieszamy ze sobą w dużej misce. Formujemy kotlety, obtaczamy w sezamie i układamy na papierze do pieczenia. Pieczemy w piekarniku  w temp 200 st, 15 min z jednej i 15 min z drugiej strony. Możemy też smażyć je na patelni na oleju.

Są pyszne z ziemniaczkami puree, mizerią albo inną surówką.

Do dzieła!

IMG_5671.jpg

 

 

Zadziwia mnie

Zadziwia mnie tyle rzeczy
Że obraz na który długo patrzymy zostaje nam pod powiekami nawet gdy zamkniemy oczy
Że oblewamy się rumieńcem gdy zaskoczy nas myśl lub osoba
Że starzejemy się niepostrzeżenie
Że mija miłość i miłość się rodzi
A może nigdy nie mija tylko zapisuje się nowa na tej która była
Tak jakbyśmy zapisywali następna kartkę w zeszycie gdy poprzednie kartki blakną
Jak blaknie twarz matki która już nie żyje
Że w ogóle przeżywamy kiedy opuszcza nas sens
kiedy tracimy to co najważniejsze
ludzi
że mieszają się porządki
I że każdego dnia jesteśmy kimś nowym
że życie jest jak płatek śniegu, kruchy, unikalny i znika po chwili, wracamy do wody skąd przyszliśmy
I choć jest piękny maj stąpam bosymi stopami po płatkach w mojej wyobraźni
I staję się z nimi jednym, nasłuchując nierównego oddechu mojego ukochanego męża i zadziwia mnie że to on zachorował, nie kto inny, nie kto inny…
Jak wyrwać go. Ochronić, złemu nie dać, odczarować?
kiedy kurczą się sposoby i my się kurczymy a już rano wstajemy budować nowy dom.
Na jak długo nam starczy- nie wiemy
Tak jakby i dom i jego mieszkańcy byli śnieżnymi płatkami.
Jesteśmy sami w tej najkruchszej z krain-krainie rozmów o śmierci, o lęku, o braku, który choroba spowodowała. To brak planów, jedynie słusznych rozwiązań, brak rozmów które nie kończą się zapytaniami o chorobę.
Ludzie patrzą na nas delikatniej, pewnie też zauważyli że z płatków śniegu jesteśmy. Spadamy cicho na to co zostało, pod stopy rozmówców, lekarzy, przyjaciół, spadamy na męstwo i pokorę, bo tego uczy choroba. Męstwo mojego męża to wytrwałość dzień po dniu – od dwóch lat zastrzyki, chemia, infekcje, ograniczenia. W ograniczeniach też zmieniamy się, oswajamy.
Cały czas jest życie, jest oddech, jest następna chwila.
Kompresja życia – sok z soku -jesteśmy razem i kochamy się

IMG_4737

Mus z awokado i piękna książka

Screen Shot 2016-05-01 at 21.16.13

Rzadko kiedy tak emocjonalnie wiążę się z bohaterami, czuję się świadkiem, obserwatorem, który chciałby dostać się do środka opowieści i szeptać, pomagać, przekazywać wiadomości – przecież przez 200 stron tej niezwykłej historii bohaterowie nie maja ze sobą żadnego kontaktu. A przecież nic zrobić nie można… ich los prowadzi nieuchronnie, tak jak rzeka, po której płynie główny bohater, do ujścia, którego najmniej się spodziewają i oni i my.
Piszę o książce Petera Carey’a “Oskar i Lucynda”. Wzruszyła mnie do głębi, choć nie połknęłam jej w jedną noc (zakładając że 600 stron nie jest przeszkodą). To powieść w którą zanurzamy się i w której akcja jest pochodną atmosfery. Zresztą sam Carey wyznał, że pisząc książkę nie miał w głowie historii miłosnej i sam był zaskoczony jak się wyłoniła i stała się głównym źródłem emocji.
Rzecz dzieje się w XIX wiecznej Australii i Anglii a bohaterami jest dwoje ekscentryków – duchowny hazardzista i młoda panienka, łamiąca wszelkie standardy ówczesnej roli kobiety. Zresztą i teraz byliby nietuzinkowi – rudowłosi outsiderzy, niełatwi, zdawałoby się nieudolni i nieprzystosowani.
Tych dwoje wsiada razem na statek w Anglii a my śledzimy ich losy już wcześniej.
Oscar opuszcza ojca, badacza fauny nadbrzeżnej, buntując się przeciwko ascetycznemu wychowaniu i postanawia zostać anglikańskim pastorem.
Łzy spływały mi po policzkach przy scenie z kawałkiem bożonarodzeniowego puddingu.
Potem studiuje na Oxfordzie, gdzie jego bieda i ekscentryczność zyskują mu miano dziwoląga. Zaprzyjaźnia się jednak z barwnym hulaką i dzięki niemu trafia na tory wyścigowe. To też scena wręcz filmowa, gęsta jak wilgoć i para ze spoconych końskich grzbietów. Dalej mamy wszelkiego rodzaju gry hazardowe, którym pastor poddaje się widząc je jako zesłane wręcz od boga. Pieniądze w ten sposób zdobyte mają pomóc w studiach teologicznych. Ale stanowią też przewrotną licytację, zakład z bogiem przy jednoczesnym poczuciu niewinności. Oscar jest dla mnie jedną z najbardziej skomplikowanych i niezrozumiałych postaci w literaturze.

cała nasza wiara, panno Leplastrier, jest rodzajem zakładów. Wszyscy stawiamy na coś – wyłożył to mądrze Pascal…Stawiamy mianowicie na to, że istnieje Bóg. Stawką jest nasze życie. Szacujemy zyski i straty i liczymy, że znajdziemy się wraz ze świętymi w raju. Nad ranem budzimy się zlani potem niepewni owej wygranej. W pełni zimy wyskakujemy z łóżek i padamy na kolana. A Bóg nas widzi, ogląda nasze cierpienia. I jakże ów Bóg – Bóg, który widzi nas klęczących na zimnej posadzce…
nie mogę pojąćciągnął Oskar – dlaczego Bóg, który tak stanowczo wymaga od nas, ludzi, byśmy wdali się w tę hazardową grę o nasze dusze, byśmy się tą grą zajmowali w każdej sekundzie życia…tak, to prawda! Musimy stawiać wszystko na kartę Jego niedającego się udowodnić istnienia.”
Inaczej postrzegają to jego zwierzchnicy, zostaje wiec wysłany do Australii aby tam nieść światło wiary. Jedna z dramatyczniejszych scen to ta, kiedy widzi go po raz pierwszy Lucynda – pakowanego w klatce dźwigiem jak zwierze na pokład statku. Oskar bowiem ma lęk przed wodą tak wielki ze staje się on jego fobią.
Lucynda wraca natomiast z Anglii do Australii po nieudanej próbie znalezienia sobie męża na starym kontynencie. Jest już sierotą, dziedziczką fortuny która pozwoliła jej kupić hutę szkła w Sydney. Ona też jest nieprzewidywalna i bezkompromisowa. Igra z losem, stawiając w grach karcianych swoją fortunę, aż do momentu kiedy postawi wszystko na jedną kartę.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.04.45

Cate Blanchett i Ralph Finnes w filmie z 1997

Losy ich splatają się w tym momencie i meandrują tajemniczymi zakolami, prowadzącymi przez rozmaite krajobrazy: od wybrzeża Anglii, przez doki w Sydney i australijski busz.
Jest to jedna z najbardziej poruszających historii miłosnych jakie kiedykolwiek czytałam. Książka coraz głębsza im dłużej myślę o niej po zakończeniu lektury – wszechobecna woda, która we wszystkich archetypowych wyobrażeniach mówi o naszych emocjach, uwarunkowania bohaterów: Oscar osierocony przez matkę, z zamrożonymi uczuciami do ojca, Lucynda osierocona przez ojca, z silną matką, która wychowywała ją samotnie.  Uwarunkowania, które mimo wręcz rewolucyjnych charakterów, wracają echem uniemożliwiając bohaterom prostą komunikację. Miłosne powinowactwo dusz, surrealistyczny zakład i jego realizacja,  przedzieranie się przez busz i brutalne wyżynanie tubylców…pod koniec książki powietrze jest gęste i lepkie a atmosfera coraz bardziej wariacka. Ach, można byłoby głębiej zanurzać się do tej studni:)

Dla równowagi skomplikowanej historii Oskara i Lucyndy, najprostsze na świecie śniadanie na 2 osoby.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.18.00

1 awokado
1/4 świeżego ananasa
garść świeżego szpinaku
1 mały ogórek gruntowy
1/2 cm obranego korzenia imbiru
łyżka oleju lnianego
1/2 szklanka wody

Wszystkie składniki blendujemy i podajemy w miseczkach.
Awokado dobry jest na miłość, ogórek to świeżość, szpinak moc, ananas słodycz a imbir szczypta pikanterii. Olej zaś dobry jest na wszystko.

 

 

 

 

 

„Niewola” i przaśny chleb

Choć w Polsce są cztery pory roku, coraz bardziej dyskusyjne, to my dzielimy rok na dwie części – czas kiedy mamy mniej gości a to sprzyja czytaniu i czas od wiosny, kiedy oprócz książek kucharskich trudno znaleźć chwilę na lekturę..
I tak owinięci w kocyki i umoszczeni przed kominkiem pochłaniamy kolejne tomy.

Maciej pierwszy przeczytał “Niewolę”, węgierskiego pisarza Gyórgy Spiró i był szczerze zachwycony.  Sięgnęłam po książkę wiedząc, że z całą pewnością będzie to kawał dobrej literatury, gust mojego męża jest bowiem bezsprzeczny ale z pewnym ociąganiem – 900 stron!

Screen Shot 2016-02-06 at 16.44.39
Ostatnio, nie przebrnęłam przez moją kochaną Tokarczukową, żałując, że jej Księgi Jakubowe nie były o połowę krótsze:) Myślę, że stałoby się to bez szkody dla dzieła ale to oczywiście tylko moja niepopularna opinia sądząc po Nike, którą zgarnęła.
W “Niewolę“ wkręcałam się bardzo powoli. Nie zachwycił mnie język ani bardzo powolna narracja. Poszłam jednak za radą Macieja, który uważał, że powieści tej należy dać popłynąć, nic nie pospieszać, niczego nie oczekiwać. No i było coś intrygującego w postaci głównego bohatera – pewna rezygnacja i uległość z którą przyjmował swój los, która nie oznaczała jednak braku siły.
Uri, bo o nim tu mowa jest 19 letnim pierworodnym synem Żyda z rzymskiego Zatybrza. Jego rodzina żyje w biedzie – ojciec Jakub trudni się handlem ale na skutek licznych podatków na rzecz Rzymu jak i dla żydowskiej wspólnoty oraz Świątyni w Jerozolimie, ledwo wiąże koniec z końcem. Na dodatek Uri cierpi na poważną wadę wzroku, która eliminuje go z możliwości podjęcia jakiegokolwiek zajęcia. Niezdolny pomóc ojcu czuje się przez niego niekochany .Całymi dniami czyta i włóczy się po Rzymie, poznaje kilka języków bo choć natura pozbawiła go dobrego wzroku obdarowała go fenomenalną pamięcią.
Pewnego dnia, ku swojemu zaskoczeniu, Uri dowiaduje się ze będzie członkiem delegacji do Jerozolimy, która złożona z szanowanych obywateli ma przewieźć coroczny podatek na święto Pesach. Uri nie wie jak do tego doszło – on, ostatni z ostatnich wśród znamienitego towarzystwa? Uszczęśliwiony opuszcza rodzinny dom. Tak zaczyna się jego kilkuletnia tułaczka – z Rzymu do Jerozolimy, gdzie dostaje się do więzienia, dalej przez Judeę do Aleksandrii, gdzie jest studentem największej w ówczesnym świecie Biblioteki Aleksandryjskiej i z powrotem do Rzymu.
Z jednakowym spokojem i zadziwieniem, które nie raz ratuje go od śmierci, przyjmuje Uri swój los.
W Rzymie towarzyszymy mu aż do jego śmierci za panowania cesarza Tytusa.
Przez karty książki obok fikcyjnych postaci przewijają się Kaligula, Klaudiusz, Neron, filozof Filon oraz…Jezus.
Pomysł powieści przypomniał mi trochę mój ukochany film Zelig, gdzie Woody Alen nieoczekiwanie pojawia się koło Hitlera, Papieża i innych historycznych postaci.
Bo akcja Niewoli tak się układa, że zupełnie “niechcący” Uri znajduje się za każdym razem w centrum wydarzeń antycznego świata.
Po skończeniu książki doceniłam jej cały kunszt. Oprócz drobiazgowych szczegółów życia żydowskiej diaspory, zwyczajów i czasem zupełnie szokujących w swojej brutalności nakazów wiary lub raczej jej interpretacji, jest ona zachwycającą opowieścią o kole życia.
Początkowo opowieść snuje się wolno, przeszło połowa książki to pierwszych parę lat, potem wraz z wiekiem wszystko nabiera przyspieszenia aby pożegnać się z Urim, kiedy sam wychował dwóch synów i dwie córki i  ma już wnuki.
“Uri przebiegł myślami swoje życie i stwierdził, że niezliczoną ilość razy mógł przecież sądzić, że nic gorszego niż to, co się jemu przytrafiło, nikomu przytrafić się nie mogło, a jednak wcale tak nie sądził.
Co sprawiło, że byłem taki cierpliwy? I taki pokorny? Czy spodziewałem się, że będzie mi dane inne życie? Jeśli wytrzymam to, które mam w nagrodę dostanę piękniejsze?…
Starzejąc się, Uri miał wrażenie, że na wszystko w głębi duszy macha ręką. Może tak właśnie Wiekuisty objawia łaskę, ułatwia swemu wyznawcy odejście ze świata, zsyłając na niego przemożną niechęć do życia..”

Powieść ma tyle warstw!
Piękny portret niejednoznacznej postaci, pełnej wahań i nieumiejętności, niedoskonałości, bólu i tęsknoty. Przede wszystkim syna, który kocha ojca nad życie i chce zasłużyć na miłość ojca. Nie wie, że ta miłość jest  i na nic nie musi zasługiwać. Trudna miłość ojca do syna, który nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom.

Oprócz warstwy psychologicznej jest obyczajowa – wnikliwe i drobiazgowe odtworzenie atmosfery żydowskich diaspor I w n e. Relacje w rodzinie, zwyczaje i codzienne życie – cały piękny opis pobytu Uriego na pustynnej Judei. Dramatyczna pozycja kobiet – czy to sióstr, czy żon, matek czy kochanek.

Jest też polityka – dzięki Spiró zaglądamy za brudne kulisy (jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do tego jak i przez kogo pisana jest Historia) i splątana z nią nierozerwalnie religia (w dobrym czasie pojawili się nazarejczycy z Pomazańcem, którego spotykamy na chwilę w celi).
Polityka zaprzęga religię, a jeśli istnieje taka potrzeba wręcz ją kreuje  a przez nią wpływa na obyczajowość, zasady i normy.
“My już nie będziemy się wygłupiać – odparł Uri – nadchodzą czasy śmiertelnie poważne, pozbawione humoru, pogody ducha, fantazji…Nadchodzą wojny religijne, nie imperialne.
– W Rzymie również – zauważył Apollos.
– Nie sądzę – odrzekł Uri – Tam Żydów jest garstka, nie liczą się, więc zostawią ich w spokoju, tyle się tam kłębi ważniejszych nacji. Tu jednak będzie strasznie. Aleksandria stanowi przykład, tworzy modę. Tam gdzie żyje znacząca mniejszość żydowska, w Afryce, w Azji, gdziekolwiek, zostanie zgładzona. Nie tak niedbale, powierzchownie, idiotycznie jak tutaj: tam najpierw przygotują Strefę, porządnie ją ogrodzą, zaplanują, celowo i dokładnie, nie tak głupio, spontanicznie jak tu, i dopiero potem zagnają do niej Żydów. Którzy już stamtąd się nie wydostaną.
– ja też tak twierdzę – żachnął się Apollos – To samo twierdzę! Jeśli Żydzi wyrzekną się statusu narodu wybranego, zachowując wszystko inne, nie będzie ich za co mordować!
To się nie uda – powiedział Uri – Każdy cios będzie wzmacniał ich wiarę, że są wybrani. Ojciec bije tylko własnego syna, cudzego syna nie bije. Mój ojciec mnie odtrącił, kiedy się okazało, że kiepsko widzę; ślepota cudzego syna go nie oburzała!”

Myślę sobie o tytule. Dlaczego “NIEWOLA”? Przecież już dziadek Uriego wykupił się z niewoli, Jakub, jego ojciec był wolny, Uri także. Więcej pisać nie mogę bo zdradzę fabułę ale ciekawe byłoby posłuchać czym dźwięczy ten tytuł dla każdego z nas.

Bardzo aktualna książka, nie sądziłam , że tak bardzo.

I na koniec prosty przepis przaśny chleb czyli taki, który jest pieczony bez zakwasu i bez drożdży. Przewijał się przez strony powieści, jako podstawa wyżywienia, bardzo często upragniona. U nas w wersji bezglutenowej, z niepalonej kaszy gryczanej.
Przepis pochodzi z bloga http://www.natchniona.pl/
i jest naszym objawieniem

IMG_6012

50 dag niepalonej kaszy gryczanej
3 łyżeczki soli himalajskiej
750 ml wody – 3 szklanki – dałam więcej wody niż w przepisie bo dodaję ziarna chia i pestki słonecznika i dyni

Kaszę opłukać na sitku, zalać wodą, zostawić na min. 8 godzin. Przemieszać. Kasza napęcznieje bardzo nieznacznie i będzie lekko lepka. Zostawić a kolejne 8 godzin. Wieczorem zmiksować, wymieszać z solą i pestkami, przelać do foremki – u mnie mała foremka aluminiowa o wielkości 12×24 wypełniona prawie po brzegi ale ciasto nie rośnie i nie wypływa.

Rano wstawić do zimnego piekarnika i nastawić na 200 st. W przepisie pieczenia to 50 min. Mnie zajmuje to 1.15

Zaskakująca zupa Misi

W lipcu przyjechała do nas Maria Żelazny, czyli moja córka Misia. Gotuje pysznie, zaskakująco łącząc polskie produkty ze wschodnimi technikami i sposobami podawania. Z niczego wyczarowuje coś – uwielbiamy Jej zachwyt nad prawie pustą lodówką:
– „jak to nic nie ma? A ten kawałek selerka i zeschły serek? masz jeszcze trochę pęczaku? No to za 20 minut obiad”.
Stoję zawsze osłupiała a po chwili siadam nad aromatycznym daniem. Smakuje cudnie. Pewnie to charakterystyczne dla wszystkich, którzy sami gotują dużo. Kiedy role się zamieniają, kiedy jesteśmy ugoszczeni lub ktoś za nas pomyśli co tu dzisiaj zrobić na obiad, jesteśmy w siódmym niebie .

Tak też było z tą zaskakującą zupą z soczewicy, którą Misia wprowadziła do naszego stałego menu.
Podane proporcje starczą na duży garnek zupy na dwa dni dla trojga lub trzy dni dla dwojga:)
– 2 łyżki oliwy z oliwek
– 1 łyżeczka kminu rzymskiego
– 1/2 łyżeczki kurkumy
– duża marchew
– korzeń pietruszki
– 1/4 selera
– dwa ziemniaki obrane i pokrojone w dużą kostkę
– 1/2 łyżeczki startego imbiru
– 2-3 ząbki czosnku
– listek laurowy, pieprz czarny, sól do smaku
– 1 szklanka zielonej soczewicy opłukanej na sicie
– 3 ogórki kiszone wraz z wodą z kiszenia (około szklanki, w zależności jak kwaśne zupy lubimy)
– 5 cm pokrojonej cieniutko, kiszonej rzodkwi lub zamiennie pokrojone oliwki
– łyżka soku z cytryny
– parę plasterków cytryny ze skórką do podania
– natka pietruszki do posypania
Na oliwę wrzucamy kmin i kurkumę, przesmażamy mieszając 1 minutę, potem dodajemy pokrojone w kostkę marchew, seler, pietruszkę i ziemniaki. Dalej podsmażamy ok 3 minut, dodajemy imbir, czosnek, soczewicę. Całość zalewamy 2 litrami wrzątku. Dodajemy przyprawy. Gotujemy ok. 20 min aż soczewica będzie miękka. Na koniec dodajemy pokrojone w plasterki ogórki, rzodkiew – dla mega zdrowia – i wodę z ogórków. Dosmaczamy sokiem z cytryny, dodajemy plasterki cytryny dla urody i pietruszkę dla urody i zdrowia.

IMG_5003

Jest to oryginalna wersja naszej rodzimej ogórkowej a kiszona rzodkiew dodaje trochę tajemniczości.
– „Co to takiego tu pływa?” – próby odpowiedzi bywają rzeczywiście zabawne. A dobry humor przy stole to przecież większość sukcesu kulinarnego.

Na zdjęciu poniżej produkcja Misi – biała kiszona rzodkiew czyli takuan a dalej opis tego smakołyku, który zaczerpnęłam z Jej bloga http://cookingfastandslow.eu/

IMG_5193

Jest to rodzaj kiszonki z białej rzodkwi, popularnej w Japonii ale nie tylko – w Korei czy Wietnamie robi się podobne. Takuan ma żółtawą barwę – tradycyjnie otrzymywano ją przez dodawanie naturalnych przypraw np. suszonych owoców gardenii, skórek persymona czy kurkumy. Takuan zawiera dużo witamin z grupy b (które przenikają do kiszonki z otrębów ryżowych), bakterie i enzymy wspomagające trawienie i rozkładanie złożonych węglowodanów na cukry proste. Receptura na takuan opracowana została przez buddyjskich mnichów około XVI wieku i szybko zaadoptowana została zarówno do prostej diety świątynnej jak i diety codziennej wojowników i świeckich. W Japonii podaje się ją jako dodatek lub najczęściej – jako zakończenie posiłku. Ze względu na obecność enzymów i pożytecznych szczepów bakterii jest nieodzownym elementem w diecie makrobiotycznej.

Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem to oprócz śledzenia bloga nadarza się wspaniała okazja do posłuchania wykładu Misi o kiszonkach już 9.11 w ambasadzie japońskiej.

20151109

Śniadanie przytulanka

Znów inspiracja na śniadanie – tym razem nie bezglutenowe i słodkie, takie jakie misie lubiły najbardziej:) Ale za to z wykorzystaniem starego białego pieczywa i przejrzałych bananów. Zawsze to coś…

IMG_3690

2 białe bułki, typu kajzerka, najlepiej sprzed 2 -3 dni, pokrojone w na plastry ok 1.5 cm
2 jajka całe, roztrzepane widelcem w małej miseczceszklanka mleka lub mleka roślinnego
2 dojrzałe banany
wiórki kokosowe
ewentualnie miód albo syrop klonowy
szczypta soli
masło klarowane lub olej do smażenia

Mieszamy jajka z mlekiem, solimy, wkładamy pokrojone bułki po kolei, każdą chwilę dociskając aby „napiła się” trochę. Na rozgrzany tłuszcz układamy bułki, po chwili przekładamy na drugą stronę. W międzyczasie na drugiej patelni wrzucamy wiórki kokosowe i pokrojone banany. Możemy nie dodawać tłuszczu, powinny się zrumienić bez tego. Tosty ściągamy z patelni i zajadamy z bananami. To jest odjazd, dla mnie już nieosiągalny ale przez lata ukochane śniadanko moje i dzieci.

Screen Shot 2015-09-06 at 15.47.30

Może przypomniało mi się właśnie dlatego – dziś Gabi, wyjechała do Anglii. Czwarty pisklak wyfrunął z warszawskiego gniazda…Po 25 latach, bo tyle minęło odkąd zaprowadziłam najstarszą córkę do szkoły, zaczyna się nowy etap. Co przyniesie?

Screen Shot 2015-09-06 at 15.50.05