Archiwa miesięczne: Maj 2013

Szamańsko-rozwojowe warsztaty z Joanną Rus

image

Wspólny czas na Mazurach wykorzystamy do głębokiego spojrzenia na nasze doświadczanie rzeczywistości.
Będziemy przyglądać się jak widzimy świat, ktory nas otacza i jak to co widzimy wpływa na nasze wybory i decyzje.
Będziemy tropić wzory, ktore z ukrytego podświadomego poziomu sterują naszym życiem i wchodzić w uczucia, które tworzą mapę naszych zachowań.
Będziemy pracować ze snami, używać ceremonii i rytuałów, będziemy podróźować w róźne światy.
Będziemy używać znanych technik, ale równieź poznacie nowe, które pozwolą wam kontaktować sie z waszą nieuświadomioną mocą i moca, którą postrzegacie jako zewnętrzną.
Będziemy wchodzić w aurę natury i odnajdowac jej jakość w sobie.
Będziecie pracować indywidualnie, ale równieź ćwiczyć szamańską wrażliwość pracując w parach i grupowo.
Będziecie używać swoich trzech ciał, które są źródłem osobistej mocy

Munay – wola i miłość

Llankay – praca i fizyczna moc

Yachay – moc intelektu

Wykorzystajcie najbliższe dni do wytropienia takiego uwarunkowania, które utrudnia wam właśnie dzisiaj szczęśliwe życie, bądzcie uczciwi i odważni w swoich poszukiwaniach. Praca w grupie i w naturze daje wielką szansę na trwałą przemianę. Stanie się również kompasem i narzędziem do dalszej pracy nad sobą i da możliwość pomagania najbliższym.
Każda zmiana w nas samych jest uwolnieniem dla nas, dla naszych dzieci i wnuków, ale także, w równym stopniu, dla wszelkiego istnienia we wszystkich światach, a z tamtąd przecież czerpiemy mądrość i wsparcie w naszych szamańskich podróźach.
A przede wszystkim będziemy sobie przypominać, że życie jest darem i że dobrze się śmiać!

“Dance like no one is watching. Sing like no one is listening. Love like you’ve never been hurt and live like it’s heaven on Earth.” —Mark Twain ”Tańcz jakby nikt nie patrzył. Śpiewaj jakby nikt nie słuchał. Kochaj jakby nikt nigdy cię nie zranił I żyj jakby niebiosa były na Ziemi”   
 
   

Reklamy

Rabarbar

należy do tych ( no właśnie, do czego – do warzyw czy owoców?), na które czeka się cały rok. I tak to już jest z sezonowymi, krótkotrwałymi owocami czy warzywami, że kochamy je nie tylko za bardzo specjalne smaki ale również dlatego, że na nie czekamy. Taka już nasza natura, która nie tylko w kulinariach odsłania swoją przekorną stronę. Przecież wiadomo, że ukochany tym słodszy jest im dłużej na niego czekamy i miłość nasza rośnie wprostproporcjonalnie do każdego dnia rozłąki. Wiem coś o tym, bo od paru lat z moim ukochanym bezustannie żegnamy się, czekamy na siebie i szalejemy ze szczęścia gdy nadchodzi czas spotkania. Bez przerwy krążymy między Poznaniem, Warszawą i Lipowem. I tak będzie przez najbliższych parę lat. To kwestia wyboru. Nie chcemy czekać do emerytury aby realizować to co dla nas ważne i żyć tak jak chcemy. Żyjemy jak chcemy od razu, natychmiast, każdego poranka na nowo ale nigdy nie wiadomo, gdzie nas można akurat zastać.

Ale wracając do rabarbaru. Przyjęto, ze jest warzywem, choć w Stanach Zjednoczonych jest owocem. To tylko etykietki, rabarbar jaki jest większość mieszkańców naszego klimatu wie. Kwaśny. imageimage

tak wyglądał w ogródku naszego sąsiada parę tygodni wcześniej. Pana Darka kochają i rośliny i zwięrzęta co widać na zdjęciu – pies w kieszeni a kot w bucie.

To było parę tygodni temu, dziś już z pierwszych zbiorów robiłyśmy GĄSZCZ RABARBAROWY. To stara polska nazwa gęstego sosu, tego co obecnie znamy pod angielską nazwą chutney. Jest znakomity do wegeteriańskich pasztetów, dla mięsożerców do pieczonych mięs i do wszystkich potraw z grilla. 

Zrobiłyśmy dwa rodzaje gąszczu – z dodatkiem jabłka i bez.

Składniki

10 łodyg rabarbaru, umytych, obranych, pokrojonych na 2 cm kawałki 

 3 jabłka, obrane ze skórki  ( skórkę wykorzystamy do domowego octu      jabłkowego )

 3 czerwone cebule, posiekane 

100 g sparzonych rodzynek

 3/4 szklanki cukru

 1/2 łyżeczki cynamonu,

1 łyżeczka imbiru ,

1 łyżeczka soli                         

5 łyżek octu winnego z białego wina, 3 łyżki oleju

Na rozgrzany olej wrzucamy rabarbar, jabłka i cebulę. Dusimy chwilę, dodajemy przyprawy i dalej dusimy ok. 20 min. Można dodać troszkę wody aby nie przypalić garnka, ale generalnie rabarbar puści po chwili dużo soku. Na końcu dodajemy cukier i ocet. 

Gorący gąszcz przekładamy do wyparzonych słoików i pateryzujemy 15 min.

image

Z rabarbaru robie też przecier, który w zimie wykorzystuję do crumble lub zamiennie ze sliwkami do kaszy jaglanej z kruszonką.

Przecier do zrobienia jest dziecinnie prosty – rabarbar myjemy, obieramy  i kroimy na kawałki. W woku albo dużym garnku do konfitur podgrzewamy olej i wrzucamy rabarbar. na małym ogniu smażymy tak długo az nie odparuje większość wody a masa nie będzie miała jednolitej konsystencji płynnego miodu. Taki słoiczek w zimie albo gdy panikujemy, że nic w domu nie ma a za chwilę wpadną znajomi, jest skarbem. Wystarczy ugotować kaszę jaglaną, wyłożyć ja do żaroodpornego naczynia, na to wylać zawartość słoika, na to posypać kruszonkę, zapiec 40 min…pyszne. 

image

piękne zdjęcie czerwonego rabarbaru na targu w Amsterdamie. Ja miałam rabarbar zielony, od sąsiada zza płotu.

                                                                                                                                                                                                                                                             

Najpyszniejsze śniadanie

to również to najzdrowsze. Ale muszę przyznać, że nasza owsianka potrzebuje konkurencji (bo liftingi już miała rozliczne:). Co prawda raz w tygodniu przyrządzamy ją na słono ale ta wersja jest zdecydowanie dla miłośników niespodziewanych zwrotów akcji. Najczęściej goście taką zmianę witają z umiarkowanym entuzjazmem, choć zawsze w grupie znajdzie sie osoba, dla której połączenie grzybów shitake moczonych przez noc w sosie sojowym, marchewki i prażonego sezamu, jest kulinarnym odkryciem i juz do końca prosi o tą właśnie wersję. Zresztą wersja ta ma swoją nazwę – a la Japanese. I tu natychmiast spiesze poinformować, że w zaprzyjaźnionej Willi Sławie w Szczawnicy, w lipcu można uczestniczyć w bodaj jedynych warsztatach gotowania po japońsku. Duża gratka. Więcej szczegółów TUTAJ. Ja jadę!

Ale wracając do śniadań i do TERAZ czyli do chwili, kiedy nie potrafię przyrządzac jeszcze tych pysznych japońskich, malutkich, biżuteryjnych i wyrafinowanych nibynic takiego. Teraz zamiast owsianki robię GRANOLE.

image

Przepis na granole

400 g płatków owsianych górskich – w razie potrzeby użyć bezglutenowych

100 g otrębów – jeśli mamy i takie jakie mamy

100 g migdałów blanszowanych

100 g orzechów laskowych, pokrojonych na duże części

50 g migdałów ze skórką

50 g sezamu

50 g pestek słonecznika

4-5 łyżek miodu

150 g dobrego oleju roślinnego

1 łyżeczka cynamonu i 1 łyżeczka imbiru

100 ml wody lub soku jabłkowego

1 łyżeczka esencji waniliowej

 

W garnuszku łączymy miód, wodę, olej, przyprawy, podgrzewamy aż wszystko sie połączy. Mieszamy z suchymi składnikami. W doborze składników panuje wolność – biore to co mam. Przepis u góry to baza, reszta zależy od tego co akurat blisko leży:)

Piekarnik nagrzewamy do 160 st C. Dużą blachę wykładamy papierem do pieczenia, rozkładamy masę równą warstwą. Pieczemy 20 min, zmniejszamy temp do 140 st C, mieszamy i dalej pieczemy ok 40 min. Na końcu dodaje garść suszonych bananów. Studzimy i przekładamy do szczelnego pojemnika.

 

Zdjęcie powyżej to moja ukochana wersja – jogurt naturalny, łyżka miodu, jagody ze słoiczka, które zaprawiam w sezonie i na to granola. PYCHA!

Trzeci wpis

jest o dwóch poprzednich i o wyborach, które doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy teraz czyli cały czas w drodze.

Jesteśmy bowiem mieszkańcami wsi i miasta, a właściwie miast, jednocześnie. Kiedy w 2005, jeszcze sama, jednoosobowo, podjęłam decyzję o budowie domu na Mazurach, wyobrażałam sobie go jako miejsce gdzie z dziećmi będę przyjeżdżała na wakacje (były to czasy kiedy dzieci się jeszcze mnie słuchały), może czasem na długi weekend. Taki tez powstał projekt – domek z jedna sypialnia na dole i czterema u góry, jak należy, dla każdego po jednej bo wiadomo ich czworo (dzieci) i  ona jedna (matka, ma się rozumieć ja)

image

Tak oto wyglądała pierwsza przymiarka do projektu. Znajomy, który miał jakiś prosty program komputerowy, przenosił na ekran to co mu opowiadałam o wielkości i funkcji i o tym co podpatrzyłam w samym Lipowie. No i w ogóle jak ja sobie ten domeczek wyobrażam. Zaczęłam tak – musi mieć czerwony spadzisty dach, taki z prawdziwych dachówek, i musi byc z czerwonej cegły, takiej jak kiedyś było i musi mieć ganek, taki drewniany i z tyłu widok na jezioro. I musi się róża piąć po ścianie. Różowa.

No i tak to wyglądało w 2006 roku. Jest to jedno z nielicznych (kilku własciwie) zdjęc które mam z budowy.

image

Budowa trwała, życie biegło swoim, sobie tylko wiadomym torem,  toznaczy absolutnie równolegle do planów. Rok później,  praktycznie jeszcze na budowie, odwiedził mnie mój nauczyciel jogi, Piotr Kunstler i powiedział – “a czemu Ty tu warsztatów nie zrobisz”. Co on gada, pomyśałam, to sie nie nadaje, pomyślałam, za małe, nie ma wystarczająco dużo łazienek, nie ma sali, ja mieszkam w Warszawie, kto mi pomoże, a co z dziećmi, a jak tak dojeżdżać, a kto przyjedzie, a na pewno nikt i w ogóle to nie dam rady, to bez sensu, nie umiem gotować dla ludzi, a co by gotować, a może by zupę ziemniaczaną ugotować, tą co wszyscy kochają i może jakiś makaronik ze szpinakiem, to proste, i sałata do tego, każdy głupi potrafi, nie zepsuje przecież sałaty a może placuszek do tego jakis na deser i może, na parę dni w lecie, dzieciaki przeciez na obozie, no to może ktoś przyjedzie i ja jakoś dam radę, hmmm.

taki to był samiuteńki początek i odbiegł bardzo od “jesteśmy mieszkańcami wsi i miasta a właściwie miast” ale może jeszcze kiedyś się to jakoś nawiąże.

Co udało mi się zobaczyć na festiwalu PLANETE DOC

niedużo, bo tylko dwa filmy ale oba znakomite i poruszające.

Pierwszy to ZAMRAŻAJĄC LÓD, Chasing Ice, reż. Jeff Orlowski

“O filmie

James Balog, fotograf przyrody i autor wielu okładek National Geographic, w swoim ostatnim projekcie Extreme Ice Survey (EIS) postanowił pokazać globalne ocieplenie. W tym celu ustawił kilkadziesiąt aparatów fotograficznych w miejscach, gdzie znajdują się największe światowe lodowce (Grenlandia, Islandia, Alaska i Montana), aby dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, przez trzy kolejne lata rejestrować zachodzące zmiany. Następnie, tysiące zdjęć otrzymanych metodą poklatkową skompresował do kilkusekundowych filmów.

Rezultat, który oglądamy w równej mierze zachwyca, co przeraża. Oto na naszych oczach ogromne, niewzruszone lodowce topnieją i cofają się o kilka-kilkanaście kilometrów. W wyniku cielenia się, czyli obłamywania brył lodu, kolosalne masy lodu, wielkości porównywalnej z Dolnym Manhattanem, rozpadają się na drobne części. Co gorsza, zmiany, które zespół Baloga zaobserwował w ciągu 3 lat, odpowiadają skalą temu, co wcześniej wymagało przynajmniej 30 lat. A ich tempo wciąż rośnie…

O ile informacje i statystyki na temat wpływu działalności człowieka na zmianę klimatu coraz mniej ludzi przekonują, to ten film otwiera nam oczy na to, co dzieje się z naszą planetą.” to ze strony festiwalu http://planetedocff.pl

a drugi HUMAN SCALE, reż Andreas M. Dalsgaard

“ O filmie

Współczesne metropolie cechuje jedno – gigantyczne samochodowe estakady przecinają miasta, domy-wieże, w których istoty ludzkie żyją w betonowych boksach. 50 procent ludzi mieszka dziś w metropoliach, a do 2050 roku ta skala zwiększy się do 80 procent. Czy rzeczywistość dzisiejszych miejskich aglomeracji w jakikolwiek sposób odpowiada na potrzeby ich mieszkańców?

Duński architekt Jan Gehl i jego zespół zmagają się z epokowym wyzwaniem: chcą przywrócić miasta mieszkańcom i odebrać je samochodom. Planują taki kierunek zmian w miejskiej urbanistyce, aby ludzki wymiar miasta był w niej zdecydowanie najważniejszy. Celem jest poprawa jakości życia w miastach, zrównoważony ich rozwój oraz udogodnienia, przede wszystkim dla przechodniów i rowerzystów. Główny slogan Gehla jest bardzo prosty: odzyskać strefę publiczną miasta dla jego mieszkańców. Gehl koncentruje się głównie na relacji między środowiskiem stworzonym przez człowieka i jakością życia w miastach. Jego wizja i projekty spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem oraz poparciem zarówno architektów, jak i władz miast na całym świecie: od Kopenhagi po Pekin, od Szanghaju po Nowy Jork, od Los Angeles po Melbourne i od Christchurch po Dakar.

Reżyser pokazuje nie tylko innowacyjne projekty Gehla, lecz również sposób, w jaki wdrażane są w miastach. Film jest bardzo spójny estetycznie, zachwyca formą, a szczególnie wysmakowanymi zdjęciami. Pod względem stylistyki przypomina dokumentalne science fiction, które dzieje się na naszych oczach.”  to ze strony festiwalu http://planetedocff.pl

Dhaka – stolica Bangladeszu, najszybciej rozwijające się miasto świata (wg autora filmu) była jedną z głównych bohaterek filmu.

Warszawa nie znalazła się wśród prezentowanych miast ale od razu stanęło mi w oczach czwartkowe południe, kiedy na lunch umówiłam sie na Saskiej Kępie. I weszłam w zaczarowany świat. Zupełnie rózny od tego, który znam na Mokotowie. Miasto w mieście. Na ul. Zakopiańskiej w prywatnym ogrodzie, pod czereśnią wypiłam pyszną kawę. Nie było wielkiego wyboru w menu – garnek z chłodnikiem, sałatki jeszcze nie dowieźli, makaron w jednej odsłonie właśnie dochodził na gazie. Ale było coś nieprawdopodobnego w tym miejscu otwieranym tylko w ciepłe miesiące. Ciepłe miejsce na ciepłe dni, ogrzewacz dla duszy, zakamarek wśród kwiatów. Wytchnienie. Menu staje się nieważne.

A potem zaplątałam się na czwartkowy mini targ eko, stoska na paletach, trochę warzyw, jajka, sery, miody, jakieś domowe wypieki. O krawężnik oparte rowery. Mikro skala w mega mieście. Nasza skala. Bajka.

A to wszystko dzięki Monice, która organizuje w Polsce warsztaty ENLIGHTENMENT INTENSIVE z Shivam’em O’Brien ale to już inna bajka…

Świetny dzień na rozpoczęcie bloga

choć okazuje się, że nie jest to proste. Przez ostatnich parę miesięcy zabierałam się do tego z większym lub mniejszym zapałem. Tyle rzeczy dzieje się w lipowym domu, wydawało się, wartych opowiedzenia. Wartych zapamiętania i przechowania. A teraz cóż? PUSTKA.

Nasza pustka okazała sie być ŻÓŁTA a to za sprawą mniszka lekarskiego. Dzięki swej wszędobylskości ma wiele nazw – bywa dmuchawcem, mleczem, wolimi oczami i nawet męską stałością! Zachwyciły mnie te nazwy i tchnęły otuchą – okazuje się, że męska stałość jest powszechna, wręcz nagminna i niełatwa do wyplenienia! Trochę więcej kłopotu sprawia angielska nazwa tego kwiatka – dandelion, która pochodzi z francuskiego, gdzie w dosłownym przekładzie oznacza lwi ząb. To już, w przeciwieństwie do męskiej stałości, prawdziwa rzadkość.

image

Ale wracając do tematu – ruszamy z naszymi słoiczkami. Na pierwszy ogień wrzuciliśmy 15 000 kwiatów mlecza i robimy z nich miód. Przepisów na niego jest bardzo dużo, my wybraliśmy ten, który sprawdził się już w zeszłym roku – na 500 kwiatów, 2 cytryny, 1 litr wody i 1 kg cukieru. Najwięcej zabawy jest z liczeniem pierwszej 500-tki kwiatów. To duża miska. Potem już tylko napełniamy ją tyle razy ile łąka da lub ile sił starczy. A w nocy śnimy żółte sny…

Co do samej procedury ważne aby kwiaty poleżały troche po zerwaniu aby dać czas wszystkim mieszkańcom na opuszczenie ich słonecznych domków. I druga ważna sprawa – po zagotowaniu nie wolno się spieszyć – warto aby przynajmniej dobę kwiaty leżały w wodzie. Po tym czasie przecedzamy je przez gazę, dodajemy cukier, gotujemy od godziny do dwóch, w zalezności od gęstości jaka chcemy uzyskać. Nalezy pamietać, że gęstość chyba każdego przetworu możemy ocenić dopiero po tym gdy wystygnie. Warto więc wylać w trakcie gotowania troche płynu na spodeczek i zobaczyć co to z nim bedzie. I potem wlewać gorące do słoików.

Cały mlecz jest rośliną leczniczą – można wykorzystywać jego liście (młode wrzucajcie do sałaty lub do zielonych zup), kwiaty i korzenie. Stosuje sie go z powodzeniem w chorobach watroby, woreczka żółciowego, nerek, skóry i w profilaktyce cukrzycy. Miód z kwiatów łagodzi infekcje i wzmacnia odporność.  Można nim dosłodzić herbatki, desery, polać naleśniki. Można nim zastąpić miód lub syrop klonowy. Oczywiście, ze ma inny smak i zapach ale w tym tkwi jego urok!

image