Trzeci wpis

jest o dwóch poprzednich i o wyborach, które doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy teraz czyli cały czas w drodze.

Jesteśmy bowiem mieszkańcami wsi i miasta, a właściwie miast, jednocześnie. Kiedy w 2005, jeszcze sama, jednoosobowo, podjęłam decyzję o budowie domu na Mazurach, wyobrażałam sobie go jako miejsce gdzie z dziećmi będę przyjeżdżała na wakacje (były to czasy kiedy dzieci się jeszcze mnie słuchały), może czasem na długi weekend. Taki tez powstał projekt – domek z jedna sypialnia na dole i czterema u góry, jak należy, dla każdego po jednej bo wiadomo ich czworo (dzieci) i  ona jedna (matka, ma się rozumieć ja)

image

Tak oto wyglądała pierwsza przymiarka do projektu. Znajomy, który miał jakiś prosty program komputerowy, przenosił na ekran to co mu opowiadałam o wielkości i funkcji i o tym co podpatrzyłam w samym Lipowie. No i w ogóle jak ja sobie ten domeczek wyobrażam. Zaczęłam tak – musi mieć czerwony spadzisty dach, taki z prawdziwych dachówek, i musi byc z czerwonej cegły, takiej jak kiedyś było i musi mieć ganek, taki drewniany i z tyłu widok na jezioro. I musi się róża piąć po ścianie. Różowa.

No i tak to wyglądało w 2006 roku. Jest to jedno z nielicznych (kilku własciwie) zdjęc które mam z budowy.

image

Budowa trwała, życie biegło swoim, sobie tylko wiadomym torem,  toznaczy absolutnie równolegle do planów. Rok później,  praktycznie jeszcze na budowie, odwiedził mnie mój nauczyciel jogi, Piotr Kunstler i powiedział – “a czemu Ty tu warsztatów nie zrobisz”. Co on gada, pomyśałam, to sie nie nadaje, pomyślałam, za małe, nie ma wystarczająco dużo łazienek, nie ma sali, ja mieszkam w Warszawie, kto mi pomoże, a co z dziećmi, a jak tak dojeżdżać, a kto przyjedzie, a na pewno nikt i w ogóle to nie dam rady, to bez sensu, nie umiem gotować dla ludzi, a co by gotować, a może by zupę ziemniaczaną ugotować, tą co wszyscy kochają i może jakiś makaronik ze szpinakiem, to proste, i sałata do tego, każdy głupi potrafi, nie zepsuje przecież sałaty a może placuszek do tego jakis na deser i może, na parę dni w lecie, dzieciaki przeciez na obozie, no to może ktoś przyjedzie i ja jakoś dam radę, hmmm.

taki to był samiuteńki początek i odbiegł bardzo od “jesteśmy mieszkańcami wsi i miasta a właściwie miast” ale może jeszcze kiedyś się to jakoś nawiąże.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s