Archiwa miesięczne: Czerwiec 2013

Pierwsze zbiory, Gombrowicz i sałatka z rzodkiewki

image

na blogu miało być o kuchni i ksiązkach i jest wszystko razem. Pierwszy zbór z nowego ogródka. Z nowego bo przeniesliśmy bliżej jeziora wszytkie uprawy i powiększyliśmy ich areał. Oczywiście pociągnęło to za sobą, jak to u nas, dalsze wizje i za rok będziemy stawiac małą szklarnię aby jeszcze pomidorki były swoje i papryczki. Na razie cieszymy sie pierwszymi zbiorami i wyciagamy wnioski z pierwszych błędów. Wysialiśmy od razu wększość rzodkiewki i teraz mamy ja na sniadanie obiad i kolację. I cały czas jest pyszna!

Gorzej jest natomiast z długo wyczekiwanym przez nas Kronosem Gombrowicza, który załapał się na zdjęcie. Musze przyznać, że ja go tylko przewertowałam i nie zawołał mnie żadnym akapitem. Maciej czyta wytrwale, coraz bardziej zniechęcony. Rzecz reklamowana od miesięcy, nagłośniana, czytana we fragmentach w radio – hmm, wydaje się, że adresowana tylko do wnikliwych badaczy gombrowiczowskich, bo ciężko tu mówić o literaturze. Gombrowicza czytamy, w Dziennikach sie smakujemy, dlatego poczuliśmy sie troche jak dziecko co to otwiera wielgachne pudło i na dnie znajduje jedna czekoladkę. Na dodatek zwietrzałą…w końcu co sie dziwić – 50letnią.

Ale dla zachowania balansu i na poprawe nastroju przepis na bardzo szybką sałatkę wiosenną z rzodkiewkami:
pęczek rzodkiewek przekrojonych na ćwiartki lub pół
2-3 pomidory pokrojone w dużą kostkę
1 ogórek świeży – jeśli małe gruntowe to 2-3, jesli bardzo długi to ¾ – wszystkich składników musi byc mniej więcej równo
makrela wędzona obrana z ości, pokruszona na dość duże cząstki
koperek lub inne zioła wg uznania, może byc troche miety
śmietana gęsta 18%
można opcjonalnie wkruszyć troche białego sera
wszystkie składniki łączymy, solimy i pieprzymy i zjadamy ze smakiem. A jest on bardzo ciekawy, lekki i swieży. Smacznego!

 

Co ja mam z szamanizmu?

bo on ze mnie niewiele a właśnie skonczyły się w Lipowym domu  warsztaty szamańsko-rozwojowe z Joanną Rus – nauczycielką, z która  pracujemy od 4 lat. Grupa jest jak serce – kurczy się i rozszerza. Jest nas od 10 do 15 osób, mamy od 30 do 60 lat. Czasem dołączy ktoś nowy i serce bije nowym rytmem. Czasem ktoś jest tylko na chwilę, przysiądzie, popatrzy i już wie.  Większość nas czeka jednak nastepnego spotkania i wszystko do niego podporzadkowuje – dzieci, dom, pracę. Na te chwilę schodzą na dalszy plan. Ta chwila jest dla nas. image

Nie wiem o czym dalej pisać bo temat wymyka się opisom, wymyka się słowom i wyjasnieniom, jest zanurzony we własnym doświadczeniu a przez to trudno wyrażalny. Ale z drugiej strony, po kilku latach, obserwując wszystkie osoby i zmiany jakie sa ich udziałem, obserwując siebie, chciałabym opowiedzieć bo chciałabym aby doświadczenia takie były udziałem wielu. Ich siła jest zadziwiająca.

Przez kilka lat korzystałam z psychoterapii. Doświadczenie, bardzo owocne i wspierające, dzieki któremu (i dzięki lekom) wyszłam z poważnej depresji i zniewalającej energii manii.  To było 8 lat temu.  Mniej więcej w tamtym czasie rozpoczęłam też swoją wielką przygodę z hawajskim masażem Lomi Lomi Nui, poznawałam prosty ale często nieznany dla nas samych język jakim mówi do nas ciało. Bo ono wie dużoJ

Byłam już mniej więcej na prostej…

image

Wtedy miało miejsce dramatyczne wydarzenie po którym weryfikacji uległa wizja mojej własnej osoby – kim jestem, w jakim miejscu, po co. Nie pomógł mi powrót do tradycyjnej, działającej wcześnie wspaniale, terapii. Już nie działała bo nie o rozmowy tutaj chodziło, nie o pomoc przez głowę.

I jak to zwykle bywa w tej pustce i chaosie poznałam Joannę.

image

Na pierwsze spotkanie miałam przynieść kamień, co z lekka mnie zkonfudowało ale cóż, tonący i kamienia się chwyta jeśli nie chce brzytwy.  Ten kamień, poprzez moją z nim pracę, zamienił się w moją pierwszą kuję. Pojawiły się następne kuje w które posłusznie wdmuchiwałam emocje, z którymi chciałam się pożegnac.. Tak powstała mesa – zawiniątko mocy.  Przez pierwszy rok spotykałyśmy się co kwartał na weekend – poznałyśmy indiańskie zwierzeta mocy – Węża, który symbolizuje transformacje, Jaguara, który niesie odwagę, Kolibra – symbol radości  i Kondora, który pod swoimi skrzydłami zawiera wszystko i wszystko widzi.

image

Nie chcę opisywać poszczególnych etapów tej podróży ani symboli, które oderwane od pracy nad nimi będą nic nie znaczącymi literami. Literami wyrazu w nieznanym języku, wyrazami zdania, które nic nam nie mówi. Nie o to chodzi. Chodzi o to, ze dokonała się wielka zmiana. Pisze o sobie, ale zmiana dokonała się w całej grupie, u każdego z osobna i wszystkich razem.

Dlaczego tracimy miłość, dlaczego tracimy związki, dlaczego powtarzamy ciagle te same błędy, dlaczego spotykamy tych a nie innych ludzi, skąd w nas złość, skąd rozczarowanie, smutek, który nęka nas nawet wtedy gdy mamy miłość, pieniądze i zdrowie? Dlaczego nie mamy pieniędzy, pracy, miłości i co mamy w zamian, co może jest dla nas równie ważne?  Skąd depresja, jakie mamy przekonania, jakie wdruki, jakie uwarunkowania, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy? Co zrobić , żeby to zmienić? Czy w ogóle można to zmienić? Czy chcemy to zmienić? CO CHCEMY? image

Przez te 4 lata pracy z Joanną i z grupą, która wytrwała w mozolnych poszukiwaniach zobaczyłam siebie i swoją odpowiedzialność za wszystko co się dzieje. Zobaczyłam szansę na świadome, dojrzałe życie. Zycie bez ucieczek i bez masek, bez nawyków, które zajmują nas abyśmy nie zajęli się tym co ważne. Zobaczyłam co jest dla mnie ważne i co najważniejsze. Zobaczyłam, że nie muszę tego ukrywać, nie potrzebuję się z tego tłumaczyć ani tego sabotować, że mam do tego prawo. I że w tym „ja” jest świadomość, która przenosi się na „ty i my i oni”. Nic nie wyklucza, wszystko zaprasza.

Doświadczyłam pogodzenia ze swoim dzieciństwem, zaakceptowania go takim jakie było, wdzięczności dla rodziców, zrozumienia że byli najlepsi jacy mogli być, wdzięczności, że jestem. Zobaczyłam swoich przodków i co mi dali, czego mnie nauczyli, co chcę zachować a co nie należy do mnie. Przestałam być ofiara tego wszystkiego co się w życiu przytrafiło a zobaczyłam w tym zalązek tego kim jestem teraz, ziarno mojego prawdziwego ja.

Kiedy przyjrzałam się tej historii przyszedł czas na budowanie siły aby dokonać zmiany. I Strach mnie obleciał.. Wielka czarna Jaguarzyca dopadła mojej szyji i serca. Bo kiedy zdamy sobie sprawę, że nasze życie wygląda dokładnie tak jak je tworzymy i to my ponosimy za to odpowiedzialnośc, to ciarki przechodzą po plecach. Przychodzi czas, żeby zostawić w spokoju „Tatusia i Mamusię i faceta, który przestał kochać a powinien” i wszystkie traumy razem wziete i zobaczyć siebie.

W warsztatach, które prowadzi Joanna jest czas na oswajanie tych nowych objawień, tych nowych zrozumień bądź tylko przeczuć. Jest dużo czasu na pracę, na transformację, na konkretne działanie.

A potem śpiew kolibra i słodki nektar kwiatów. I to też okazuje się wyzwaniem – bo czasem najtrudniej po prostu się cieszyć. Nadzy stajemy przed ta radością i ona nam wcale nie leży, ona nam uwiera. Bo jak to tak? Więc i na to sa narzędzia i jest czas. I znów praca.

image

Wielki orzeł czasem przelatuje, czasem znajdujemy jego pióro, czasem widzimy jego cień.  I nagle zdajemy sobie sprawę, że ta praca nigdy się nie kończy, że to tak jakbyśmy weszli na jakąś kosmiczną drabine. Na jej szczycie łaki i lasy, pachnie pięknie i świeci słońce. Leżymy sobie, odpoczywamy i z zaciekawieniem rozglądamy się dookoła. I gdzies tam na horyzoncie widzimy mały, czarny punkcik. Ciekawośc popycha nas do niego a on z każdym krokiem ogromnieje i nabiera kształtów. I nagle dochodzi do nas że to następna drabina. Więc stawiamy stopę na pierwszym szczeblu, potem na drugim i dalej. W mozole drapiemy się do góry i gdy zmęczenie podpowiada, że już dalej nie damy rady, po jeszcze jednym kroku widzimy że to koniec drabiny i przed naszymi oczyma znów piekna łąka. Kładziemy się pod drzewem, żeby odpocząć i…i tak to mniej więcej wygląda. Przynajmniej u mnie.

image

A ponieważ do chmur mi zawsze blisko, bliżej niż do ziemi, spotkanie z tradycją inkaską i z Joanną uzmysłowiło mi, ze to właśnie z ziemią, z zakorzenianiem, z cierpliwym zasiewaniem i pielegnowaniem mam pracować. To istota tej tradycji – kontakt z Matką Ziemią, konkret natury, proste narzędzia, ciche ceremonie, serce, ziarno siebie w sercu.  I nawet mój wspaniały umysł, który tak lubi wszystko zrozumieć, ma argumenty i potrzebuje dowodów, żeby mieć następne argumenty, żeby wiedzieć co wybierać, ucichł trochę. Lubi siebie nadal ale już wie, ze zawsze może sobie spocząć w cichym miejscu, w domu – w sercu. I będzie mu tam dobrze. Jak w niebieimage

Joanna jest mądrym i cudownym przewodnikiem – oświetla drogę kiedy jest ciemno a potem puszcza nas samych. Jest skromna, autentyczna i konkretna, mówi zrozumiałym, życiowym językiem. Tak jakby niczego nie uczyła, tak jakby poprzez Nią się uczyło.

Nie wiem, nie znam się ale tak wygląda chyba Wielki NauczycielJ

image