Archiwa miesięczne: Lipiec 2013

Ashtanga joga w lipowym domu

gościła właśnie drugi raz. Wczoraj zakończył sie warsztat, prowadzony przez Przemka Nadolnego z Yoga Republik. Padł rekord frekwencji – gościliśmy 23 osoby i jeszcze jedna by sie zmieściła. Cuda. Okazuje się, ze również nasz dom, tak jak i czas, tak jak i my sami , są elastyczne. Zreszta o Macieju, moim mężu od miesiąca,  usłyszłam ostatnio bardzo piękne i trafne zdanie – elastyczny, nie do złamania… 

Ale wracając do ostatnich warsztatów. O 6 rano, kiedy wstawaliśmy aby napalić pod kuchnią i nastawić owsiankę, Przemek rozpoczynał swoją praktykę i powoli dołączali do niego następni. Mysore kończył się o 10 i wtedy rozpoczynała się część praktyki dla początkujących. Dzięki takiemu układowi dla wszystkich było miejsce na sali. zreszta na popołudniowej sesji, warsztatowej, kiedy wszyscy praktykowali razem, miejsca tez wystarczyło.

Oprócz praktyki, duzo wykładów i wieczorne sesje filmowe, też o jodze.

image

I może tutaj warto przypomnieć, że lipowy dom otworzył sie dla gości właśnie dzięki jodze. Gdy w 2005 rozpoczęłam budowę, planowałam tylko dom dla siebie i dzieci – miejsce weekendowych wypadów i letniego wytchnienia. Jeszcze podczas budowy odwiedził mnie tu Piotr Kunstler, do którego chodziłam na joge w klimatycznym miejscu na Śniadeckich. Miejsce zreszta istnieje, ma sie świetnie i wypiękniało przez te pare lat. Ilekroc wchodzę do Yogamudry, czuje sie jakbym wchodziła do baśniowej szafy z Narni – cudne, spokojne miejsce w centrum Warszawy, z pięknym wewnetrznym placykiem, na którym czeka na nas śpiący chłopiec wśród kolorowej rabaty. A dookoła troche paryskie dachy…

Moje spotkanie z joga zaczęło sie kilkanaście lat temu, kiedy po upadku z konia, kontuzji kręgosłupa i kilku miesiacach w gorsecie, szukałam dróg powrotu do sprawnosci. Nigdy nie byłam sportowym typem, brak mi dyscypliny, woli i cierpliwości – właściwie wszystkiego co potrzeba aby byc w czymkolwiek dobrym. Ale joga jest dla mnie łaskawa – cierpliwie znosi wysiłki ciągle początkującej. Czasem mam okresy wielkiego zapału – ćwiczę wtedy 3 razy w tygodniu i robię nawet postępy, potem nastepują, pod błahym najczęściej powodem, okresy zastoju. Potem znów mozolnie odbudowuję to co straciłam. I tak to wygląda. 

image

pokonani –  tak wyglądaliśmy rok temu na warsztatach ashtangi w Sopatowcu, prowadzonych przez Ewę Makowską

Na dodatek zmieniam co jakis czas nauczyciela i tak zawędrowałam od metody Iyengara do Astangi. Jestem zupełnym laikiem, ciągłym poczatkującym ale musze przyznać, że uwiodła mnie ta metoda. Jest w niej coś, czego nie sprawiła żadna inna – stanęłam na macie i w końcu zaczęłam samodzielna praktykę. To duża zmiana. Choć jeszcze też nieugruntowana i niekonsekwenta, ale jednak. Bardzo odpowiada mi przewidywalność i powtarzająca się zawsze tak samo sekwencja – pomaga mi to w pierwszym kroku, likwiduje wcześniejsze niepokoje (oczywiście kreowane przez moje lenistwo) czy będe wiedziała co dalej. Tu wiem – nie ma wymówki. Poza tym widocznie w moim temperamencie leży tempo i absolutny priorytet dla oddechu. Bycie z nim, w nim, koncentracja, powrót do świadomości. Płynność ponad poprawność.

Spotykam sie czasem z opinią, że ashtanga jest dla młodzieży. Nie wiem, może w ogóle nie należy klasyfikować i oceniać, z perspektywy lepsze-gorsze. Wiem jedno – wystarczy spojrzeć na uradowaną twarz dziewczyny po 50 po praktyce choćby pierwszej ćwiartki pierwszej serii – róbmy z miłością i łagodnością to co nas kręci a reszta przyjdzie sama albo sama odejdzie:). I nie dotyczy to tylko jogi.

a tu parę linków do miejsc gdzie można praktykować ashtangę lub więcej o niej przeczytać:

http://www.jogaklub.pl/

http://www.yogarepublic.pl/joga_warszawa/yogarepublic

http://www.ashtangayoga.pl/

Przyjaźń, Małgośka i „Klinika lalek”

Nie udaje się zaaranżować przyjaźni. To taka sama tajemnica jak miłość choć ta druga przydarza się częściej. Życiodajne źródło miłości może wytrysnąc w każdej chwili, w każdym momencie życia, gdy jesteśmy gotowi. Choć czasem całkiem znienacka, na oślep, wbrew wszystkiemu a zwłaszcza wbrew rozsądkowi. I zdarza się to w każdym wieku, do końca – gdy mamy 20, 50 i 80 lat.

Z przyjaźnią jest inaczej. To jest dopiero TAJEMNICA. Bo generalnie jeśli masz przyjaciela albo dwóch, w ciągu całego życia należysz do szczęściarzy, do wybrańców losu.  Bo to co odróżnia przyjaźń od miłosci, w aspekcie, jeśli można tak napisać, technicznym, to to, że z biegiem naszego życia jest o nią coraz trudniej. Po prostu. Kiedy w wieku kilkunastu lat spotykamy kogoś, kto wśród tłumu znajomych staje się ta jedyna osobą, przyjacielem na całe życie, to w wieku lat 50 właściwie się to nie zdarza. Nie ma już miejsca i czasu na te wszystkie wspólnie wypite flaszki, na rozmowy do rana, na modowe ( bo przyjaciela poznasz po tym , że nosi cichobieżki), muzyczne (tylko jazz, Janis Joplin i może jeszcze Demarczyk), literackie ( Max Frisch, Cortazary i spółka) kody i fascynacje, które nas określają, które budują naszą tożsamość. Nie ma na to wszystko czasu i miejsca bo jesteśmy już ukształtowani i wiemy kim jesteśmy a poza tym dużo wysiłku włożyliśmy aby to wszystko jakoś działało (choć może się zdarzyć niektórym z nas, że właśnie wtedy zaczynamy próby aby, może po raz ostani, wywrócić to wszystko do góry nogami i pójść całkiem inną, może bardziej zachwaszczoną ścieżką).

Właśnie dlatego cudem jest spotkanie kogoś, kto staje się niepostrzeżenie przyjacielem, w wieku w którym jestem ja, czyli około 50-tki. I cud ten mi się przytrafił.  Nazywa się Małgosia Holender.  

 

Poznałyśmy się kilka lat temu, kiedy własciwie przez przypadek, Małgosia przyjechała do Lipowego Domu, na warsztat masażu PeLoHa. Obydwie nie jesteśmy bardzo wyrywne do zażyłości ale tak się jakoś stało, że krok po kroku, krok po kroku, stałyśmy się sobie bardzo bliskie. (Małgośka nazywa mnie Gułą i ja to uwielbiam)

 Małgosia to wyjatkowa osoba, nie na te czasy (a może właśnie na te), nie na jeden tylko świat. Bo w Niej wszystko płynnie się miesza – i czasy i światy. A za Jej zniewalający uśmiech, zaraźliwy śmiech i poczucie humory dałabym sie pokroić. No i jeszcze za Jej ciepło i wrażliwośc. 

Pisze o tym dlatego, ze właśnie w formie ebooka wyszła jej książka – nominowana w 1998 roku do Nagrody Nike „Klinika Lalek”.

 

image

To niełatwa lektura, dziwna, rozchybotana baśń prawie, w której mieszaja się plany i postacie, mroczna i dotykająca. Bohaterka, Katarzyna Kepler, jest inna, wyobcowana, rozdrapująca rany po minionych relacjach, ludziach bliskich, przeznaczonych lub napotkanych w życiu. Czegoś szuka, coś nie daje spokoju, wraca, gnębi, nie pozwala zapomnieć. W swojej opowieści łączy się z innymi, cały czas samotna. Jesteśmy z nią w dziwnej, trudnej do określenia przestrzeni, nie jest to szpital psychiatryczny choc takie skojarzenia same się nasuwaja. Może jest to przestrzeń podświadomości?  Nie wiem ale i w sobie ją rozpoznaję. Poprzez jej atmosferę zaglądamy do ultrawrażliwego świata. Przyszło mi do głowy, że atmosfera tej książki przypomina mi stary, rwący się, biało-czarny, niemy film. Niepokojące i fascynujące zarazem.

To ciekawe, bo w takim klimacie zobaczyła to Ania Angerman, która zaprojektowała piękna okładkę do nowego wydania.

„Zostawmy bohaterkę  w jej klinice lalek. Nie wiemy, jak się potoczą jej losy. Nie wiemy, czy będzie dalej snuła swoją opowieść. To, co opowiedziała, jest dostatecznie interesujące, abyśmy czekali” – napisała w posłowiu Maria Janion.

 

Książkę Małgosi Holender można kupić

http://virtualo.pl/klinika_lalek/malgorzata_holender/a50530i130261/

 http://www.empik.com/klinika-lalek-holender-malgorzata

 http://merlin.pl/Klinika-lalek_Malgorzata-Holender/download/product/223,1259990.html

jak się żenić to się żenić – dzień drugi czyli od switu do nocy

przywitaliśmy o świcie

image

potem jedliśmy tort

image

bujaliśmy się troche w hamaku

image

czytaliśmy

image

kąpaliśmy się

image

pilnowaliśmy dzieci

image

które strasznie rozrabiały

image

choć niektóre, te najpilniejsze, uczyły się nawet geografii

image

znów się kapaliśmy

image

i wciąż czytaliśmy

image

bujaliśmy nadal w hamaku

image

rozmawialiśmy

image

rozmawialiśmy

image

znów jedliśmy tort i babeczki z poziomkami

image

aby w końcu zalec na tarasie w weselnym transie

image

i podziwiać pełnię

image

Jak się żenić to się żenić… dzień pierwszy

to tak jak by w uniesieniu….

image

W równe nogi wskoczyć w studnie

image

Nie utoniesz, nie utoniesz
Topi się, kto bierze żonę.

image

Niech się stopi, niech się spali
byle ładnie grajcy grali,
byle grali na wesele.

image

Jak się ta muzyka miele,
jak na żarnach, hula, dzwończy,
niech za huka, stuka, puka,
pląsa, bije, przybasuje,
piska skrzypiec struną cienką,
tak podskocznie tak mileńko;

image

niech się miele jak młyn wodny
w noc miesięczną, w czas pogodny
szumiejąca, niech się snuje,
a niech w dźwiękach się nie kończy

choć by usnąć w tańcowaniu

image

przy mieleniu, przy hukaniu,
w zapomnieniu, w zapomnieniu,
w kołysaniu, w zapomnieniu,
w kołysaniu, w zapomnieniu, kołysaniu

image

światy czarów – czar za światem! –
jestem wtedy wszystkim bratem

i wszystko jest dla mnie swatem
w tym weselu, w tej radości:
Bóg mi gości pozazdrości.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Japońskie gotowanie w Willi Sława

już za chwilę, jadę na pierwsze warsztaty, które Misia poprowadzi dla ciekawych nowych smaków. Wszystkie informacje na Jej stronie.

a poniżej parę fotek zaostrzających smak czyli tempura “oszczędnej gospodyni” z obierków (marchew, słodkie ziemniaki, cebula)
w zestawie z ryżem (ryż ugotowany z bobem, quinoa, jaglaną i mung), warzywa na parze, szpinak w dressingu z tofu i sezamu.

image

image

image

oraz żywcem ściągnięty od Miśki przepis na lekki dressing. To wszystko na blogu Willa Slawa ale tak mi sie podoba, że zamieszczam w całości. Niechaj i do mnie spłynie odrobina japońskiej elegancji.

Hōrensō no shira-ae ほうれん草の白和え

  • ½ kostki naturalnego tofu
  • 1 łyżka prażonego sezamu
  • parę kropel oleju sezamowego
  • łyżeczka białej pasty miso
  • łyżeczka tahini
  • sól do smaku
  • pół łyżeczki cukru (opcjonalne)
  • łyżeczka jasnego sosu sojowego (ciemny sos zabarwi tofu na brązowy kolor, najlepiej więc użyć jasnego, albo w ogóle go opuścić)

Kluczem do sukcesu jest dobrze odsączone tofu. Możesz je wykręcić w czystej bawełnianej ściereczce. W tym celu zawiń połówkę tofu skręcając końce ściereczki i wyciśnij nadmiar wody nad zlewem.

Sezam upraż na suchej patelni. Uważaj aby się nie przypalił—ma być złocistobrązowy i pachnący. Kiedy zacznie strzelać (jak popcorn) możesz przykryć patelnię pokrywką. Nie spuszczaj go jednak z oka! Raz po raz potrząśnij patelnią trzymając pokrywkę, aby ziarenka równomiernie się prażyły.

Tradycyjnie sezam uciera się w japońskim moździerzu (suribachi). Następnie dodaje się pozostałe składniki i ręcznie uciera drewnianym tłuczkiem. Ja robię to nieortodoksyjnie, ale za to bardzo praktycznie: wszystkie składniki blenduję. Blendowanie jest dobrym sposobem z dwóch względów: jest szybki, a ziarenka sezamu dokładnie roztarte z tofu nadają paście przyjemnie kremową konsystencję. Taki efekt trudno osiągnąć ręcznie.

Jeśli nie masz w kuchni ani suribachi ani blendera, możesz spokojnie rozetrzeć składniki widelcem. Efekt będzie bardziej przaśny, ale równie smaczny i prawdopodobnie bliższy tradycyjnej wersji shira-ae, w którym tofu pozostaje lekko ziarniste.

Tak przygotowany dressing dodaj do pokrojonych (wielkości kęsa, lub mniejszych) i zblanszowanych w osolonej wodzie warzyw: szpinaku / brukselki / zielonej fasolki / brokułów. Aby składniki dobrze się połączyły trzeba je mieszać przez co najmniej minutę. Pozostały dressing możesz trzymać w lodówce 2—3 dni.