Archiwa miesięczne: Sierpień 2013

Wyspa klucz

Zbliża się nasz wyjazd do Nowego Jorku i z racji tego czytamy o nim wszystko co nam wpadnie w ręce. I właśnie według tego klucza wpadła nam Wyspa klucz Małgorzaty Szejnert.

 

image

Bohaterem tego reportażu jest maleńkie miejsce u wybrzeża Nowego Jorku, które stało się kluczem do życia dla wszystkich uciekinierów z Europy, Azji i innych części świata, którzy w emigracji do USA widzieli szanse na lepsze życie. W przypadku tych, którzy uciekali przed prześladowaniami chodziło o szanse na życie w ogóle. W latach 1892 – 1957 przez Ellis Island, bo o niej to mowa, przewinęło się ponad 16 milionów ludzi. Większość z nich stała się obywatelami Stanów Zjednoczonych, dla części jednak na Ellis Island zapadał wyrok najgorszy – brak zgody na wjazd, deportacja, rozdzielenie z rodziną, tułaczka, tragedia.

image

zdjęcie Augustusa Shermana – wieloletniego fotografa na Ellis Island

http://www.bookoff.pl/product-pol-958-Ellis-Island-Portraits-of-Immigrants-ksiazka-z-pocztowkami-.html

Poczatkowo czytając skrupulatną relację opisującą metody selekcji tych, którzy na miano Amerykanów zasługują od tych co mogą być jedynie obciążeniem dla narodu, przeżyłam wstrząs. Tysiące ludzi dziennie poddane pomiarom i oględzinom, nasunęły mi najgorsze porównania, które już wkrótce stały się udziałem milionów ofiar II WŚ. A przecież dobrowolnie dobrnęli do swojego EL Dorado, po tygodniach koszmaru podrózy na statkach, najczęściej pod pokładami. Dotarli z dziećmi (nieraz kilkunastoma, nieraz zrodzonymi na statku, nieraz zmuszeni dziecko, które nie wytrzymało trudów podrózy i zmarło od chorób, oddać morzu), tobołkami, nadziejami do tego najwspanialszego z krajów, gdzie wolność i demokracja nie była przywilejem ale naturalnym stanem. I właśnie u celu swojej tułaczki, podczas 6-sekundowej selekcji, otrzymywali kredą wypisane na ubraniach lub wprost na ciele znaki – najczęściej pierwsze litery choroby o którą byli podejrzewani, widocznej bądź domniemanej. Po falach najgoretszych lat, kiedy to przez wyspę przewijało się do miliona osób rocznie ( w latach 1907,1908 ) wprowadzano coraz ostrzejsze kryteria – Stany Zjednoczone nie chciały osób upośledzonych umysłowo ( kiedy dotyczyło to jednego z członków licznej rodziny, rozdzielano je lub cała rodzina musiała wracać – wybór pozostawiono zainteresowanym) i analfabetów.

image

zdjęcie z filmu Meredith Monk – Ellis Island z 1981 roku

http://www.youtube.com/watch?v=HN349AptQJE

 

Czytałam z coraz większym rozdarciem bo jednocześnie Małgorzata Szejnert opisuje osoby, które pracowały na Ellis Island, które poświęcały nieraz całe życie aby los emigrantów uczynić znośniejszym. Kolejni komisarze wyspy czyli jak byśmy dziś powiedzieli dyrektorzy, opiekunki społeczne, tłumacze, lekarze, fotograf – kilkaset osób wprzagniętych w pracę dla innych, która ograniczała się często do czynienia najmniejszego zła.  Nawet odrobina wyobraźni pozwala powstrzymać się od szybkich ocen i łatwych osądów. Z jednej strony nędza i rozpacz tłumu umęczonych ludzi, z drugiej kilka osób, próbujących rzetelnie wykonać swoją pracę. Z jednej strony okręty z tysiącami emigrantów, z drugiej rosnąca frustracja tych, którzy byli tam wcześniej, obywateli w dniach rosnącego kryzysu lat 20-tych, gdy nawet dla nich nie było pracy i często chleba.

Czy fakt dobrowolności podjętej tułaczki pozwala na uciszenie sumienia tych którzy decydują o ich dalszych losach? Gdzie sa granice, których nie można już przekroczyć – czy ta granicą jest tysięczny człowiek z zakaźną choroba oczu, która dyskwalifikuje go do wstępu czy dziecko, które w panice nie potrafi rozróżnić figur i dopasować do siebie klocków? A przecież na ocene jest tylko 6 sekund. A na plecach gniewny pomruk – ograniczyć liczbę wpuszczanych.  Jak w takich warunkach unieść swoje człowieczeństwo, jak oceniać je u innych?

Straszne słowo – selekcja – czy sami jesteśmy od niej wolni?

 Zmieniam się jako czytelnik – wiele książek, które czytam teraz,  konfrontuje mnie natychmiast i otwarcie z pytaniem – kim jestem? Kim jestem aby oceniać? Kiedyś pytanie dotyczyło innych – kim są?

Niedawno wróciłam do lektury Biesów Dostojewskiego, którego z wypiekami na twarzy czytałam w czasach studenckich. Był wtedy dla mnie Dostojewski arcykapłanem- demaskatorem, który obnażał innych. Teraz nie mogłam go skończyć  – w każdej karykaturalnej postaci widziałam siebie i swoje słabości.

Tak jakoś z wiekiem zmienia się optyka – już nie szafujemy tak łatwo opinią, od źdźbła w oku innych przechodzimy do belki w swoim. Ale zyskujemy też łagodność i wyrozumiałość – ooo, taki jestem! I kto by pomyslałJ

Ale odbiegłam bardzo daleko od Wyspy klucz a przecież jest jeszcze taka refleksja – dziękuję, że jestem taka jaka jestem i żyję tu, w tych dniach, teraz.

To już za chwilę

lada dzień odlecą bociany. I tak jak wydaje się, że jednego dnia nagle, ni stąd ni z owąd przylatują i moszczą się w swoich starych gniazdach i wiadomo, że wiosna, tak wiadomo też, że jesień idzie gdy nagle po prostu znikają. Zresztą wiosnę nie one ogłaszają ale żurawie, o czym łatwo sie u nas przekonać bo jako pierwszy słychać donośny klangor a nie klekot.

Już kilka razy na dachu lipowego domu stawał bocian, czasem nawet krążył dzień lub dwa, nigdy jednak nie zainteresował się na tyle ta nieruchomością aby zainwestować w nią wysiłek budowy gniazda. I całe szczęście. Romantyczna wizją bociana na dachu ustapiłaby szybko zniecierpliwieniu na codzienne pobudki  donośnym klekotem około 4 rano. Właśnie dlatego nie zachęcaliśmy bocianów żadnymi oponkami na dachu.

Za to obserwujemy parę, którą od kilku lat nazywamy bocianimi hippisami

image

Gnazdo na drewnianym słupie przy drodze jest zawsze w opłakanym stanie. Coś tam w kwietniu samiec podłubie ale od niechcenia, bez zaangażowania w budowe domu dla żony i potomstwa. No i też zonę ma taką wyemancypowaną, niespieszno jej do wychowywania młodych i slęczenia nad nimi dniami i nocami. Pod tym względem para się dobrała – lubią niezależność i brak obowiązków, wystarcza im podupadające M2 i od czasu do czasu coś na ząb. Za to kochają długie podniebne loty i często obserwujemy je, jak szybują niestrudzenie. Jest nawet teoria, która podejrzewa je o zaburzenia osobowości lub łagodniej mówiąc wyobraźnię i ambicje ponad bociani stan. Podejrzewamy bowiem czasem, że nasza para myśli, ze jest parą kondorów. I niech tak zostanie, kochamy je za to, z niecierpliwością codziennie wypatrujemy – czy Pan już poleciał na bumelkę a Pani korzystając z tego, wcale nie rozzłoszczona, oddaje się swoim umiłowanym wysokim podrózom…

 

No i skojarzenia z kondorami nieprzypadkowe, przynajmniej od niedawnego dnia, kiedy goście opowiedzieli nam o spotkaniu na łąkach z polskim kolibrem.  To piękne, kolorowe maleństwo to fruczak gołąbek, ćma, która lata w dzień, jeszcze jeden przykład jak to nic nie jest tym co się wydaje…

image

zdjęcie z serwisu bialczynski.wordpress

A i wężową skórę znależć można czasem na drodze, co to ją zostawił zaskroniec i nieustraszony jaguar też się znajdzie.  Kot Rydzyk, co prawda rudy (stąd też jego imię, od rudego grzybka rzecz jasna) ale serce ma odważne i duch w nim waleczny – nie tylko w stosunku do braci mniejszych ale i wielkich psów się nie lęka.

Tak więc wszystko jest tak jak powinno, na swoim miejscu i nie trzeba wyprawiać się do kanionu Colka, żeby doświadczać i czerpać z przyrody, która jest cały czas obecna. A może wcale nie potrzeba być na Mazurach czy gdziekolwiek POZA, żeby niestrudzenie szukać i czasem odnajdywać szybujące ptaki w sobie i nieulękłe koty?