Wyspa klucz

Zbliża się nasz wyjazd do Nowego Jorku i z racji tego czytamy o nim wszystko co nam wpadnie w ręce. I właśnie według tego klucza wpadła nam Wyspa klucz Małgorzaty Szejnert.

 

image

Bohaterem tego reportażu jest maleńkie miejsce u wybrzeża Nowego Jorku, które stało się kluczem do życia dla wszystkich uciekinierów z Europy, Azji i innych części świata, którzy w emigracji do USA widzieli szanse na lepsze życie. W przypadku tych, którzy uciekali przed prześladowaniami chodziło o szanse na życie w ogóle. W latach 1892 – 1957 przez Ellis Island, bo o niej to mowa, przewinęło się ponad 16 milionów ludzi. Większość z nich stała się obywatelami Stanów Zjednoczonych, dla części jednak na Ellis Island zapadał wyrok najgorszy – brak zgody na wjazd, deportacja, rozdzielenie z rodziną, tułaczka, tragedia.

image

zdjęcie Augustusa Shermana – wieloletniego fotografa na Ellis Island

http://www.bookoff.pl/product-pol-958-Ellis-Island-Portraits-of-Immigrants-ksiazka-z-pocztowkami-.html

Poczatkowo czytając skrupulatną relację opisującą metody selekcji tych, którzy na miano Amerykanów zasługują od tych co mogą być jedynie obciążeniem dla narodu, przeżyłam wstrząs. Tysiące ludzi dziennie poddane pomiarom i oględzinom, nasunęły mi najgorsze porównania, które już wkrótce stały się udziałem milionów ofiar II WŚ. A przecież dobrowolnie dobrnęli do swojego EL Dorado, po tygodniach koszmaru podrózy na statkach, najczęściej pod pokładami. Dotarli z dziećmi (nieraz kilkunastoma, nieraz zrodzonymi na statku, nieraz zmuszeni dziecko, które nie wytrzymało trudów podrózy i zmarło od chorób, oddać morzu), tobołkami, nadziejami do tego najwspanialszego z krajów, gdzie wolność i demokracja nie była przywilejem ale naturalnym stanem. I właśnie u celu swojej tułaczki, podczas 6-sekundowej selekcji, otrzymywali kredą wypisane na ubraniach lub wprost na ciele znaki – najczęściej pierwsze litery choroby o którą byli podejrzewani, widocznej bądź domniemanej. Po falach najgoretszych lat, kiedy to przez wyspę przewijało się do miliona osób rocznie ( w latach 1907,1908 ) wprowadzano coraz ostrzejsze kryteria – Stany Zjednoczone nie chciały osób upośledzonych umysłowo ( kiedy dotyczyło to jednego z członków licznej rodziny, rozdzielano je lub cała rodzina musiała wracać – wybór pozostawiono zainteresowanym) i analfabetów.

image

zdjęcie z filmu Meredith Monk – Ellis Island z 1981 roku

http://www.youtube.com/watch?v=HN349AptQJE

 

Czytałam z coraz większym rozdarciem bo jednocześnie Małgorzata Szejnert opisuje osoby, które pracowały na Ellis Island, które poświęcały nieraz całe życie aby los emigrantów uczynić znośniejszym. Kolejni komisarze wyspy czyli jak byśmy dziś powiedzieli dyrektorzy, opiekunki społeczne, tłumacze, lekarze, fotograf – kilkaset osób wprzagniętych w pracę dla innych, która ograniczała się często do czynienia najmniejszego zła.  Nawet odrobina wyobraźni pozwala powstrzymać się od szybkich ocen i łatwych osądów. Z jednej strony nędza i rozpacz tłumu umęczonych ludzi, z drugiej kilka osób, próbujących rzetelnie wykonać swoją pracę. Z jednej strony okręty z tysiącami emigrantów, z drugiej rosnąca frustracja tych, którzy byli tam wcześniej, obywateli w dniach rosnącego kryzysu lat 20-tych, gdy nawet dla nich nie było pracy i często chleba.

Czy fakt dobrowolności podjętej tułaczki pozwala na uciszenie sumienia tych którzy decydują o ich dalszych losach? Gdzie sa granice, których nie można już przekroczyć – czy ta granicą jest tysięczny człowiek z zakaźną choroba oczu, która dyskwalifikuje go do wstępu czy dziecko, które w panice nie potrafi rozróżnić figur i dopasować do siebie klocków? A przecież na ocene jest tylko 6 sekund. A na plecach gniewny pomruk – ograniczyć liczbę wpuszczanych.  Jak w takich warunkach unieść swoje człowieczeństwo, jak oceniać je u innych?

Straszne słowo – selekcja – czy sami jesteśmy od niej wolni?

 Zmieniam się jako czytelnik – wiele książek, które czytam teraz,  konfrontuje mnie natychmiast i otwarcie z pytaniem – kim jestem? Kim jestem aby oceniać? Kiedyś pytanie dotyczyło innych – kim są?

Niedawno wróciłam do lektury Biesów Dostojewskiego, którego z wypiekami na twarzy czytałam w czasach studenckich. Był wtedy dla mnie Dostojewski arcykapłanem- demaskatorem, który obnażał innych. Teraz nie mogłam go skończyć  – w każdej karykaturalnej postaci widziałam siebie i swoje słabości.

Tak jakoś z wiekiem zmienia się optyka – już nie szafujemy tak łatwo opinią, od źdźbła w oku innych przechodzimy do belki w swoim. Ale zyskujemy też łagodność i wyrozumiałość – ooo, taki jestem! I kto by pomyslałJ

Ale odbiegłam bardzo daleko od Wyspy klucz a przecież jest jeszcze taka refleksja – dziękuję, że jestem taka jaka jestem i żyję tu, w tych dniach, teraz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s