Najpiękniejsza książka i naleśniki

Którą  przeczytałam w 2013 to Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny”.  Książka niezwykła, o której trudno pisać, bo treść nie jest jej istotą. Książka o książce, pisanie o pisaniu, pudełeczko w pudełeczku. Zachwyca i woła z półki już poprzez swoją okładkę a kiedy zaczynasz czytać nie możesz przestać. Rzecz jest o Tobie czytelniku, Ty jesteś podmiotem, z Tobą bawi się autor.  Sięgasz po książkę, która okazuje się wadliwie wydana, w momencie gdy dajesz unieść się wydarzeniom, opowieść jest przerwana, żle zszyte kartki w introligatorni, nakład, który nie powinien zobaczyć światła  dziennego.  Jedziesz do księgarni aby wymienić swój wadliwy egzemplarz, pałasz  z niecierpliwości aby podjąć urwany wątek. Jestes bezbronny i uwikłany w następne historie, którym nie możesz się oprzeć i które jak i pierwsza urywają się w chwili gdy Twoje palce coraz zachłanniej przerzucają kartki. Czułbyś się nawet oszukany, wykorzystany i porzucany, gdyby nie  to co dostajesz w zamian – kunszt i mistrzostwo, wspaniałe dzieło Geniusza.

Więcej zdradzać nie można. No może tylko to jeszcze, że jest Czytelnik i jest Czytelniczka:) 

Podobno wiele w tej pięknej książce odniesień do literatury, filozofii a nawet nauk ścisłych. Nie wiem, nie znam sie na tyle by móc te tropy śledzić, by rozwkłać zagadki, ba…by chociażby być świadomą, że takie się kryją gdzieś w słowach i watkach. Widoczne sa jednak style, które po mistrzowsku naśladuje Calvino, czasem miałam wrażenie, że przecież znam ta powieść, znam to pióro. Ale to dobry powód aby do książki wrócić.

Kiedyś przeczytałam gdzieś takie zdanie, że podróże kształcą tylko wykształconych. Chyba to od Łysiaka pochodziło, nie pamietam. Zafascynowało mnie wtedy takie podejście, dziś się z nim nie zgadzam, ale z całą pewnością wyraża ważny aspekt podróżowania. Z literatura jest podobnie. Czasem mam wrażenie, ze to jedna niekończaca sie opowieść, dialog, gwar i im więcej przeczytałes tym więcej masz rozmówców (słucham was słucham wewnętrzne głosy:)

To pomieszanie, w które mnie wprawił Calvino zagnało mnie do kuchni, gdzie z lubością oddałam się czynności, która jest pewna i prosta i nieodmiennie przywraca poczucie bezpieczeństwa – zaczełam piec naleśniki. Ooojeje

image

naleśniki jak się smaży każdy wie – szklanka mleka, pół szklanki wody, 2 całe jajka, trzy szczypty soli, tyle mąki aby po zmiksowaniu ciasto lało sie jak naleśnikowe:). Dobrze, zeby chwile postało.

To co w moich ukochanych naleśnikach jest poezja to nadzienie i sposób podania.

Nadzienie z sera

– ser biały, ok. 0.5kg, od biedy taki jaki mamy  ale najlepiej twaróg klasyczny, nie mielony, półtłusty albo tłusty. Przeciskam go przez ręczną praskę, aby pozostał grudkowaty.

– 3 jajka – rozdzielone białka i żółtka

– 6-8 łyżeczek cukru

– cukier waniliowy

– garsć rodzynek – zalewam je wrzatkiem aby napęczniały i potem odcedzam na sitku

Z żółtek i cukru ucieram kogel-mogel. Łączę z serem. Ubijam piane z białek, dodaje do masy. Na końcu dosypuje rodzynki.

Wcześniej upieczone naleśniki smaruję z jednej strony, zwijam i podsmażam na masełku. No tak, niestety. Podaję z gęstą, kwaśną śmietaną. No tak, tak – TAK!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s