Archiwa miesięczne: Styczeń 2015

Jak ominęły mnie sztokholmskie muzea

Szukając raju na kilka dni, który nie byłby Lipowem, dostałam wiele cennych adresów – Maroko, Ibiza, Ouzo, Sycylia…Ostatecznie wylądowałam w Sztokholmie, który przyniósł wszystko czego potrzebowałam (widać mit słonecznych wysp jest naszym polskim rajem bo ciężko nam wyobrazić sobie wyjazd na wakacje w styczniu na północ:) A jednak! Senność, ciemność, ciepło przyjaciół, spowolnienie, brak przewodnika i planu – nic nie musieć, być ze sobą. Dużo, długo jak najdłużej:)image

Szwedzi kochają zwierzęta – to wcale nie niezwykły widok – czworonóg w pracy

Nie mogłam doczekać się reniferów, które jak słyszałam, przechodzą przez środek miasta

image

co okazało się prawdą:)

i innych zwierząt mocy…

image

które okazały się zwierzętami nocy

image

image

…teraz

smakowałam pozamuzealny detal

image

image

karmiąc dziecięce marzenia

image

i ciało

image

I jak tu się dziwić, że zakochałam się w mieście, które otula człowieka jak szal jak pierzynka mimo , że dmucha, mimo że ziąb – wszystko jest tam na naszą ludzką skalę. I omywa niespokojny umysł niespodziewaną wodą i krzykiem rybitw pośród wież kościółów, nielicznych na szczęście. 

imageimage

image

image

image

image

image

image

Ominęły mnie i w ogóle znać mnie nie chciały wszystkie muzea i wystawy, ominęły mnie sklepy z odzieżą i butami, ominęły mnie turystyczne zadania i plany.

Pogoda była. I byli przyjaciele.

Śmiertelni nieśmiertelni

Niedawno pisałam, że nie wracam do książek raz już przeczytanych. Było to przy okazji powrotu do „Biegnącej z wilkami”. Nie minęło pół roku i znów sięgam do pozycji, którą czytałam 5 lat temu. Wtedy, do głębi poruszona historią miłości dwojga ludzi przede wszystkim starałam się zrozumieć część teoretyczną, wplecioną w autobiograficzną opowieść. Teraz czytałam z nowej perspektywy – z perspektywy osoby wspierającej chorego. Piszę  o książce Kena Wilbera “Śmiertelni nieśmiertelni – prawdziwa opowieść o życiu, miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu”, która jest lekturą obowiązkową w czasie, kiedy konfrontować przychodzi się z najcięższymi próbami w życiu. Ale to tylko moja, niepopularna opinia – książka kończy się śmiercią i to automatycznie wywołuje opór i strach – „tylko nie dawaj jej choremu, po co mu jeszcze takie czarne myśli”. Dzięki takiej postawie nie jesteśmy w stanie rozmawiać o tym, co najważniejsze z otwartością więc nie rozmawiamy w ogóle. To powoduje coraz większą samotność i izolację, bo chorzy i osoby wspierające to plemię monotematyczne – choroba przewlekła istnieje i najlepsze co można zrobić to nauczyć się jak z nią żyć. To zadanie niezwykle wielowymiarowe – obejmuje wszystkie aspekty życia i dlatego robi się monotematycznie. 

 

Tytuł oryginału książki brzmi „Grace and grit. Spirituality and healing in the life and death of Treya Killam Wilber”. I właśnie to – łaska i moc były towarzyszami Treyi w jej 5 letniej podróży.
Zaczyna się w 1983, kiedy Treya (wówczas jeszcze Terry) poznaje Kena Wilbera, autora książek o tematyce filozoficznej, łączącego podejście psychologiczne, duchowe z naukową systematyka. Poglądy Kena Wilber (a przede wszystkim on sam) jednego z czołowych myślicieli amerykańskich, autora zintegrowanego systemu filozoficznego, bywają kontrowersyjne, jednak dla mnie przeczytanie jego książek uporządkowało wiele tematów, które dotąd wydawały mi się sprzeczne. Potrzebuję praktycznej drogi do zrozumienia, na własny użytek, jednoczesnego chaosu i ładu świata w którym żyję. To dały mi Integralna historia wszystkiego, spektrum świadomości, Jeden smak, Małżeństwo rozumu z dusza.
Ale „Śmiertelni nieśmiertelni” to książka autobiograficzna. Jest to bardzo szczera i często bolesna  historia miłości w najtrudniejszych warunkach jakie można sobie wyobrazić – 10 dni po ślubie Treya dowiaduje się, ze ma raka piersi, stopnia drugiego. Komórki rakowe są słabo zróżnicowane co oznacza, ze rak jest wyjątkowo złośliwy. W ciągu paru dni przychodzą same złe wiadomości. Miesiąc miodowy młoda para spędza w szpitalu. I tak zaczyna się ich podróż, która po 5 latach zmagań, walki i w końcu akceptacji choroby, która absolutnie nie oznacza bierności, kończy się śmiercią Treyi. Książka jest fascynująca, ponieważ jest to dwugłos – pamiętnik chorej i osoby wspierającej. To tutaj przeczytałam poruszająca opinie, ze pozycja wspomagającego bywa niekiedy trudniejsza od położenia chorego. Chory bowiem nie ma wyboru, w przeciwieństwie do wspierającego. Szczerość Wilbera w opisie własnych zmagań i konfrontacji z iluzja i słabością jest wstrząsająca. Tak samo jak jego oddanie i miłość.
I choć książka mówi o tragicznych losach jest wielką manifestacją dojrzewającej mocy, świadectwem rozwoju i wielkiego TAK dla ŻYCIA ze świadomością śmierci.

„ jeszcze nie zdecydowałam się na sposób leczenia. nie chciałam po prostu leczyć choroby, by potem usunąć ja do jakiegoś ciemnego zakątka swojego życia, do którego nigdy nie musiałabym już zaglądać. Rak z pewnością będzie częścią mojego życia, jednak nie w sensie konieczności ciągłych badań czy świadomości , ze może dojść do nawrotu. Miałam zamiar posłużyć się nim w tych dziedzinach mojego życia, w których pragnęłam dokonać zmiany. W aspekcie filozoficznym – chciałam by pomógł mi przygotować się na śmierć, kiedy nadejdzie mój czas, spojrzeć na śmierć z bliska, bym mogła poznać znaczenie i cel mojego życia. W aspekcie duchowym – miał mi pomóc na nowo rozniecić zainteresowanie drogą kontemplacji, pomóc w poszukiwaniu tej, która jest odpowiednia dla mnie, i w podążaniu nią. W aspekcie psychologicznym – miałam nadzieję, ze uda mi się wykorzystać raka do tego, by stać się osoba bardziej uprzejmą i bardziej kochającą siebie i innych., by z większa łatwością wyrażać gniew, mniej się bronić przed intymnością i przestać się zamykać w sobie. W końcu aspekt materialny, fizyczny – będę jadła świeże, czyste i zdrowe jedzenie i znów zacznę się gimnastykować. I przede wszystkim chcę by choroba pomogła mi stać się wobec siebie łagodną i wyrozumiałą zarówno wtedy, gdy dążę do celu, jak i wówczas, gdy nie udaje mi się go osiągnąć”.

I po latach

„ Znajduję się w środku chaosu różnych możliwości, wśród których wiele jest niepewnych. Ciągle wracam do jednego – niezależnie od tego czy będzie to wybór leczenia czy pracy psychologicznej, każdy musi zaufać sobie i nie dać się zwieść preferencjom innych. Chcę, żeby ludzie czuli się silni, mówiąc: „Nie, dziękuję, to nie dla mnie”, albo: „nie, nie jesteś terapeutą odpowiednim dla mnie”, nie bojąc się przy tym, że za ich wyborem może się kryć jakiś tajemniczy opór. Moje przesłanie jest proste ale doszłam do niego po ciężkiej pracy: Zaufaj sobie, zaufaj swojemu psychicznemu systemowi odpornościowemu. Spokojnie odszukaj swoje centrum, ten solidny grunt wewnątrz swego istnienia, rób wszystko żeby pozostać z nim w kontakcie, czy to poprzez medytacje, wizualizację, aktywną wyobraźnię, terapię, spacery w lesie, pisanie dziennika, analizę snów, czy po prostu przez ćwiczenie uwagi w codziennym życiu. Słuchaj siebie i posłuchaj własnej, najlepszej rady!”

Te słowa są wskazówką dla wszystkich wspomagających swoich bliskich. Wskazówką trudną bo największą lekcją w tej podróży staje się podążanie za chorym, nauka słuchania i słyszenia, pokorne zrozumienie, że choć to najukochańsza osoba to jednak nie my chorujemy, nie do nas należą decyzje i wybory, choćby wydawały się jedynie słuszne. Takie nie są. Jedynie słusznych wyborów dokonuje chory i wsparcie polega na byciu z nim w tym co wybrał.
Po raz drugi jestem osobą wspierającą. Pierwszy raz towarzyszyłam swojej przyjaciółce chorej na raka płuc. Bardzo jasno czułam swoją rolę – być, nie komentować, stawać po numerek w szpitalu, towarzyszyć podczas chemii. Zawsze jednak wracałam do domu.
Teraz jest inaczej bo choroba dotyka najbliższa na świecie osobę. Codziennie modlę się o łaskę uważnego bycia, robię dużo błędów, widzę je, uczę się nowych ścieżek na których trzeba zostać z tyłu, przepuścić przodem i czekać. A jednocześnie obserwować siebie, szanowac swoje potrzeby i mówić o nich w odpowiednim momencie. To wielkie wyzwanie.

Senność gęsta jak śnieg

Dojechałam
z deszczu w zadymkę
do domu

image


Senność gęsta jak śnieg i krążąca jak śnieg
Zasypuje śnieżnymi płatkami sennymi

Bezprzyczynny mój dzień, bezsensowny mój wiekI te
ślady bezładnych moich kroków po ziemi.

Czy to dobrze, czy źle: tak usypiać we mgle?
Szeptać wieści pośnieżne, podzwonne, spóźnione?

Czy to dobrze, czy źle: snuć się cieniem na tle
Kołującej śnieżycy i epoki przyćmionej?

Senność gęsta jak śnieg i krążąca jak śnieg
Zasypuje śnieżnymi płatkami sennymi

Julian Tuwim

nic lepszego nie powstało…

https://www.youtube.com/watch?v=5XyyTAoC9Pk

Karnawał i do faworków podejście pierwsze


czyli prace ręczne zbiorowe
i o tym jak udało się złapać
młode pokolenie!

Impuls do zmierzenia się z nowym przepisem przyszedł wraz z noworocznymi postanowieniami – wprowadzać nowe, nie zastygać, zmieniać! I jednocześnie – odpuścić, odpoczywać, zostawić! Hmm, na pierwszy rzut oka to wielka sprzeczność jest, niewykonalne! Na drugi rzut – zabawne. Na trzeci – zobaczymy!

Zostawiając jednak impulsy, wracam do meritum. Faworki inaczej chrust to karnawał. Robiły go nasze Babcie i Mamy, teraz rzadko kto się za to zabiera bo podobno czasochłonne i wymagające nie lada siły. Dlatego biegniemy do najbliższej cukierni i sprawa załatwiona. Nie do końca jednak bo jeśli ktoś pamięta najkruchszą kruchość babcinego chrustu ten nie zazna spełnienia w najlepszych nawet cukierniach. A na te kupne chruściki, które od biedy ujdą, trzeba wydać majątek.

Tak więc wspomnienia i poznańskie wychowanie zagnało mnie do kuchni.

Oto przepis

500 dag przesianej mąki pszennej

5 żółtek

szklanka kwaśnej śmietany 18%

1 łyżka spirytusu

szczypta soli

litr oleju rzepakowego do smażenia

cukier puder do posypania

Do mąki dodajemy żółtka, śmietanę i spirytus i wyrabiamy gładkie ciasto. Pozostawiamy je na około 30 min, pod przykryciem.

 

Potem zaczynamy rozwałkowywać i składać ciasto, rozwałkowywać i składać tak aby jak dostało się do niego jak najwięcej powietrza. Dobrym sposobem jest też ubijanie ciasta wałkiem i jak tylko bedę wiedziała jak umieszczę tutaj film jak to zabawnie robię. Muszę przyznać, że chwycenie wałka oburącz i wizualizacje, które zachowam dla siebie bardzo mi pomogły w pokonaniu trudów tej części procesu. Ale przede wszystkim nie byłam sama i jest to najważniejszy aspekt przygotowania faworków – to świetny moment aby do kuchni zaprosić wszystkich – przybiegną rączo, kto bowiem nie lubi faworków!

Wspólne ubijanie i napowietrzanie ciasta trwa około 30 minut. Następnie ciasto ląduje w lodówce na około godzinę i po tym czasie możemy zacząć smażyć. Do tego również przydaje się więcej niż jedna para rąk.

Pracochłonne jest bowiem wycinanie pasków ciasta, rozwałkowanego najcieniej jak się da (powinno być na tyle miękkie i elastyczne aby nie wymagało dodatkowego podsypywania mąki) i przekładanie go przez dziurkę. W tym czasie rozgrzewamy olej i zaczynamy ostrożnie wkładać faworki, smażąc do zarumienienia tj bardzo krótko, z każdej strony. Usmażone chruściki odsączamy na papierowym ręczniku i kiedy przestygną, oprószamy je cukrem pudrem.

Przepis, który podałam jest bardzo dobry – faworki są chrupiące i dość kruche. Nie jest to jednak ideał z moich wspomnień. Lubię faworki, które wręcz rozpadają się i są jak chmurki. Będę próbowała dalej – podobno dodanie masła do ciasta zwiększa jeszcze kruchość. Dam znać, kiedy uda się nam cofnąć czas o te 40 lat i rozpuścimy się w zachwycie a faworek w naszych ustach, haha!

Kiedy zimową porą przyjdzie chęć na pomidora

Bardzo lubipomidory, ale jem je prawie wyłącznie w lecie. Poza sezonem majbardzo słaby aromat i praktycznie w niczym, oprócz koloru, nie przypominajtych ukochanych, aromatycznych, w piosence piknej sławionych… Ale jest wyjcie z tej trudnej sytuacji – pieczenie! Pomidory bardzo dobrze znoszobróbktermiczni mona miało powiedzie, e wrcz zyskujna walorach.

Przekrawam je na pół wzdłu, posypujgrubsoli pieprzem, skrapiam octem balsamicznym. Na wierzchu kładę plasterek sera koziego i całość zapiekam ok. 15 min w piekarniku  w temp.200°C.  Mona tena 250°C z funkcjgrill – trzeba wtedy uwaa, aby nie spalisera! Pomidory wycigam i posypuję świeżą bazylilub innymi ziołami. Jeli nie ma wieej, moe bysuszona.

Są wspaniałym dodatkiem do serów, pasztetu.