Śmiertelni nieśmiertelni

Niedawno pisałam, że nie wracam do książek raz już przeczytanych. Było to przy okazji powrotu do „Biegnącej z wilkami”. Nie minęło pół roku i znów sięgam do pozycji, którą czytałam 5 lat temu. Wtedy, do głębi poruszona historią miłości dwojga ludzi przede wszystkim starałam się zrozumieć część teoretyczną, wplecioną w autobiograficzną opowieść. Teraz czytałam z nowej perspektywy – z perspektywy osoby wspierającej chorego. Piszę  o książce Kena Wilbera “Śmiertelni nieśmiertelni – prawdziwa opowieść o życiu, miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu”, która jest lekturą obowiązkową w czasie, kiedy konfrontować przychodzi się z najcięższymi próbami w życiu. Ale to tylko moja, niepopularna opinia – książka kończy się śmiercią i to automatycznie wywołuje opór i strach – „tylko nie dawaj jej choremu, po co mu jeszcze takie czarne myśli”. Dzięki takiej postawie nie jesteśmy w stanie rozmawiać o tym, co najważniejsze z otwartością więc nie rozmawiamy w ogóle. To powoduje coraz większą samotność i izolację, bo chorzy i osoby wspierające to plemię monotematyczne – choroba przewlekła istnieje i najlepsze co można zrobić to nauczyć się jak z nią żyć. To zadanie niezwykle wielowymiarowe – obejmuje wszystkie aspekty życia i dlatego robi się monotematycznie. 

 

Tytuł oryginału książki brzmi „Grace and grit. Spirituality and healing in the life and death of Treya Killam Wilber”. I właśnie to – łaska i moc były towarzyszami Treyi w jej 5 letniej podróży.
Zaczyna się w 1983, kiedy Treya (wówczas jeszcze Terry) poznaje Kena Wilbera, autora książek o tematyce filozoficznej, łączącego podejście psychologiczne, duchowe z naukową systematyka. Poglądy Kena Wilber (a przede wszystkim on sam) jednego z czołowych myślicieli amerykańskich, autora zintegrowanego systemu filozoficznego, bywają kontrowersyjne, jednak dla mnie przeczytanie jego książek uporządkowało wiele tematów, które dotąd wydawały mi się sprzeczne. Potrzebuję praktycznej drogi do zrozumienia, na własny użytek, jednoczesnego chaosu i ładu świata w którym żyję. To dały mi Integralna historia wszystkiego, spektrum świadomości, Jeden smak, Małżeństwo rozumu z dusza.
Ale „Śmiertelni nieśmiertelni” to książka autobiograficzna. Jest to bardzo szczera i często bolesna  historia miłości w najtrudniejszych warunkach jakie można sobie wyobrazić – 10 dni po ślubie Treya dowiaduje się, ze ma raka piersi, stopnia drugiego. Komórki rakowe są słabo zróżnicowane co oznacza, ze rak jest wyjątkowo złośliwy. W ciągu paru dni przychodzą same złe wiadomości. Miesiąc miodowy młoda para spędza w szpitalu. I tak zaczyna się ich podróż, która po 5 latach zmagań, walki i w końcu akceptacji choroby, która absolutnie nie oznacza bierności, kończy się śmiercią Treyi. Książka jest fascynująca, ponieważ jest to dwugłos – pamiętnik chorej i osoby wspierającej. To tutaj przeczytałam poruszająca opinie, ze pozycja wspomagającego bywa niekiedy trudniejsza od położenia chorego. Chory bowiem nie ma wyboru, w przeciwieństwie do wspierającego. Szczerość Wilbera w opisie własnych zmagań i konfrontacji z iluzja i słabością jest wstrząsająca. Tak samo jak jego oddanie i miłość.
I choć książka mówi o tragicznych losach jest wielką manifestacją dojrzewającej mocy, świadectwem rozwoju i wielkiego TAK dla ŻYCIA ze świadomością śmierci.

„ jeszcze nie zdecydowałam się na sposób leczenia. nie chciałam po prostu leczyć choroby, by potem usunąć ja do jakiegoś ciemnego zakątka swojego życia, do którego nigdy nie musiałabym już zaglądać. Rak z pewnością będzie częścią mojego życia, jednak nie w sensie konieczności ciągłych badań czy świadomości , ze może dojść do nawrotu. Miałam zamiar posłużyć się nim w tych dziedzinach mojego życia, w których pragnęłam dokonać zmiany. W aspekcie filozoficznym – chciałam by pomógł mi przygotować się na śmierć, kiedy nadejdzie mój czas, spojrzeć na śmierć z bliska, bym mogła poznać znaczenie i cel mojego życia. W aspekcie duchowym – miał mi pomóc na nowo rozniecić zainteresowanie drogą kontemplacji, pomóc w poszukiwaniu tej, która jest odpowiednia dla mnie, i w podążaniu nią. W aspekcie psychologicznym – miałam nadzieję, ze uda mi się wykorzystać raka do tego, by stać się osoba bardziej uprzejmą i bardziej kochającą siebie i innych., by z większa łatwością wyrażać gniew, mniej się bronić przed intymnością i przestać się zamykać w sobie. W końcu aspekt materialny, fizyczny – będę jadła świeże, czyste i zdrowe jedzenie i znów zacznę się gimnastykować. I przede wszystkim chcę by choroba pomogła mi stać się wobec siebie łagodną i wyrozumiałą zarówno wtedy, gdy dążę do celu, jak i wówczas, gdy nie udaje mi się go osiągnąć”.

I po latach

„ Znajduję się w środku chaosu różnych możliwości, wśród których wiele jest niepewnych. Ciągle wracam do jednego – niezależnie od tego czy będzie to wybór leczenia czy pracy psychologicznej, każdy musi zaufać sobie i nie dać się zwieść preferencjom innych. Chcę, żeby ludzie czuli się silni, mówiąc: „Nie, dziękuję, to nie dla mnie”, albo: „nie, nie jesteś terapeutą odpowiednim dla mnie”, nie bojąc się przy tym, że za ich wyborem może się kryć jakiś tajemniczy opór. Moje przesłanie jest proste ale doszłam do niego po ciężkiej pracy: Zaufaj sobie, zaufaj swojemu psychicznemu systemowi odpornościowemu. Spokojnie odszukaj swoje centrum, ten solidny grunt wewnątrz swego istnienia, rób wszystko żeby pozostać z nim w kontakcie, czy to poprzez medytacje, wizualizację, aktywną wyobraźnię, terapię, spacery w lesie, pisanie dziennika, analizę snów, czy po prostu przez ćwiczenie uwagi w codziennym życiu. Słuchaj siebie i posłuchaj własnej, najlepszej rady!”

Te słowa są wskazówką dla wszystkich wspomagających swoich bliskich. Wskazówką trudną bo największą lekcją w tej podróży staje się podążanie za chorym, nauka słuchania i słyszenia, pokorne zrozumienie, że choć to najukochańsza osoba to jednak nie my chorujemy, nie do nas należą decyzje i wybory, choćby wydawały się jedynie słuszne. Takie nie są. Jedynie słusznych wyborów dokonuje chory i wsparcie polega na byciu z nim w tym co wybrał.
Po raz drugi jestem osobą wspierającą. Pierwszy raz towarzyszyłam swojej przyjaciółce chorej na raka płuc. Bardzo jasno czułam swoją rolę – być, nie komentować, stawać po numerek w szpitalu, towarzyszyć podczas chemii. Zawsze jednak wracałam do domu.
Teraz jest inaczej bo choroba dotyka najbliższa na świecie osobę. Codziennie modlę się o łaskę uważnego bycia, robię dużo błędów, widzę je, uczę się nowych ścieżek na których trzeba zostać z tyłu, przepuścić przodem i czekać. A jednocześnie obserwować siebie, szanowac swoje potrzeby i mówić o nich w odpowiednim momencie. To wielkie wyzwanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s