Archiwa miesięczne: Styczeń 2018

„Pole pole” czyli warsztat gotowania po zanzibarsku

W ostatni dzień starego roku postanowiłam zaczerpnąć trochę kulinarnej wiedzy.
Rok wcześniej poprowadziłam w Lipowie  swoje pierwsze warsztaty gotowania, które z całą pewnością były większym przeżyciem dla mnie niż dla uczestniczek!
Wiadomo – trema przed wystąpieniem po raz pierwszy, mimo, ze temat tak znany.
Okazało się, że i słusznie, większość bowiem uczestniczek było wyśmienitymi gospodyniami i warsztaty stały się raczej wspólną zabawą niż przekazywaniem kuchennych tajemnic i pilnie strzeżonych receptur.
Zwłaszcza, że moje świąteczne szlagiery tj tort makowy czy pierniczki wg starej receptury, które wychodziły zawsze, postanowiły spłatać figla.
Dotąd zastanawiam się co było przyczyną ważenia się kremu czy wyjątkowej twardości piernikowego ciasta.
Całe szczęście nie wszystko się”zbiesiło”, część dań wyszła znakomicie, pomogli też sprzymierzeńcy w postaci wyjątkowo udanych nalewek a Panie okazały wielką wyrozumiałość i poczucie humoru.
Było mnóstwo śmiechu i zabawy a to w końcu cenniejsze niż wiedza:)

Rozpisałam się o lipowskich warsztatach gotowania nie bez powodu.
Jeśli będę je jeszcze organizowała, będę miała przed oczyma i w sercu swoje doświadczenie zanzibarskie
Bardzo to był zabawny kurs gotowania – oddający ducha powiedzenia, które usłyszeć można w każdej sytuacji na Zanzibarze – „pole-pole” czyli easy easy.
Spokojnie, powolutku, hakuna matata – niczym się nie przejmuj, wszystko jest ok i nie ma problemu!

Zrzut ekranu 2018-01-17 o 15.20.46

Na lekcję przyjechałam w największy skwar bo wtedy nauczyciel miał czas.
Dostałam warzywa do skrobania tępym nożem, w przeważającej części cebule i czosnek. Dużo czosnku i dużo cebuli. Ile? A gdzieś tyle…
Potem nauczyciel wyszedł i już nie wrócił, została jego żona i córka nie mówiące ni w ząb po angielsku – aby dostać wodę narysowałam szklankę. Ale nie stanowi to większej przeszkody w komunikacji – wszystko przecież widać!
Oprócz skrobania moim zadaniem było mieszanie w garnku, w kucki, bo tam wszystko na ziemi się odbywa, cały czas w takich kociołkach, które buchały żywym ogniem.

mieszamy…koniec podobny jak u nas. Prawie ugotowany ryż, zamiast owijania w kołdrę, przykrywamy gorącymi węglami

Z szerokiego menu, które ustaliliśmy dzień wcześniej i które obejmowało 6 dań, zrobiłam pilaw rice i curry.
Potem poczekałam 2 godz na kierowce i pojechałam w siną dal gdzie czekała już na mnie Gabunia z milionem warkoczykow na głowie.
Bardzo to „pole pole” jest kształcące!

  • maszyna do robienia wiórków kokosowych. siada się na tym stołku i na metalową końcówkę nabija się kokos, kręcąc nim w kółko.
  • wnętrze domu, pozbawione mebli i ozdób, bardzo czyste i chłodne. Tutaj kuchnia.

IMG_0855

Posiłek

Przepis na ryż pilau:

– 1/2 kg ryżu basmati, wypłukanego kilkakrotnie (do czasu aż woda straci mętność)
– po 1/2 łyżeczki kolendry, goździków, kardamonu (bez niego nie ma pilau!), pieprzu białego lub czarnego, ucieramy w moździerzu i zalewamy wodą na pół godziny
– 1 łyżeczka kuminu dorzucona do przypraw i namoczona tj one
– kawałek kory cynamonu, gwiazdka anyżu
– olej
– 2 cebule pokrojone w pióra
– pół marchewki pokrojonej w kostkę
– 3 ząbki czosnku, roztarte z solą
– kawałek świeżego imbiru startego na tarce
– 2 surowe ziemniaki, przekrojone na pół
– niecały litr wody lub mleko kokosowe
– orzechy nerkowca – opcjonalnie

Na oleju smażymy długo cebulę – aż zaczyna mocno brązowieć. To od niej ryż nabierze ciemnego koloru. Dodajemy marchewkę, czosnek, imbir, ziemniaki, przyprawy. Mieszamy smażąc. Dodajemy ryż.
Gotujemy ok 20 min, mieszając co jakiś czas. Kiedy ryż jest prawie miękki, zdejmujemy z ognia, zawijamy w koc aby doszedł.
Uwaga! Garnek musi chwilę przestygnąć abyśmy nie spalili koca:)

Dodatek, podany do falafelu (którego nie udało mi się zrobić:), który bardzo mi zasmakował to wiórki kokosowe z sokiem z limonki lub cytryny  z posiekaną ostrą papryczką chilli i solą. Pycha.

No i tak dochodzimy do tego, co na Zanzibarze najważniejsze. Bo przecież nie słońce ani lazur oceanu.
dla mnie? dystans do czasu. i planów w tym czasie. i do „rzeczy jak powinny wyglądać, bo przecież płacimy za to” i jeszcze parę innych…

 

 

Reklamy

Co jest ważne na Zanzibarze

Święta i Nowy Rok spędzałam z córką na Zanzibarze. Słońca, słońca, słońca krzyczała każda komórka mojego ciała. Wybór miejsca był drugorzędny – ponieważ zdecydowałam się parę dni przed wylotem, kierowała mną dostępność biletów, jakiegokolwiek miejsca na noclegi i jak najmniejsza różnica czasu.
Poza tym w Tanzanii moja przyjaciółka, wraz z grupą wspaniałych ludzi, buduje szkołę w największym obozie dla uchodźców. Na Zanzibarze była Kate, jedna z nauczycielek, która przez dwa miesiące, wraz z Elą  badała największe przeszkody z którymi przyjdzie się tam zmierzyć. Chciałyśmy się poznać.

22528277_1806250776071426_8155863898270876327_n

Ale o tym w innym poście, jak najszybciej mam nadzieję, bo każdy może przyczynić się do tego wspaniałego projektu.

Wracając jednak do Zanzibaru. Chyba nie jest to kierunek dla ludzi, którzy cenią określone standardy. Raczej cenią te nieokreślone:)
Oczywiście są też luksusowe hotele, odgrodzone wysokimi murami od reszty świata, z prywatnym dostępem do plaż.
My wylądowałyśmy na wschodnim wybrzeżu, w Kaure Sand Beach lodge, małym, 8 pokojowym hoteliku na plaży, prowadzonym rodzinnie. Wszystko bardzo basic. Słabo z prądem, którego dostawy były co chwila przerywane, z internetem i z woda, którą można było upolować raz dziennie. Przy okazji ciekawostka – na 180 l wody, które dziennie potrzebuje Europejczyk aby być uszczęśliwiony, mieszkańcowi Zanzibaru wystarcza 40 l.
Za to, co najważniejsze przyjazna atmosfera i wspaniała plaża.

Już pierwszego dnia okazało się, że obiad warto zamawiać rano, jeśli przyjdziemy bowiem np o 16 dostaniemy go o 19. Do końca nie rozwikłałyśmy tajemnicy takiego stanu rzeczy bo nie do końca chodziło o dostępność produktów. Sądziłyśmy, że potrzebują czasu aby zamówić rybę albo ją złapać. Ależ nie, na śniadaniu było podobnie. Kiedy pojawiałyśmy się ok 9, trwało ok. godziny zanim dostałyśmy: tosta albo jajecznice albo pancake. Pierwszego dnia zamówiłam tosta i dostałam tosta. Po 10 min spytałam czy może jest masełko, po następnych czy może jakiś dżemik. Drugiego dnia wycwaniłam się i poprosiłam o jajecznicę zakładając oczywiście, że przyjdzie z tostem. Nie muszę chyba kończyć historyjki:) Szybko przyzwyczaiłyśmy się do tego beztroskiego rytmu, który generalnie polegał na przemieszczaniu się z jadalni na leżaki.

IMG_0698

Ale nie tylko, o nie! „Zaliczyłyśmy” wszystkie atrakcje Zanzibaru

  • spice tour – o tym jeszcze będzie
  • prison island – żółw, który ma 196 lat, wiele stulatków i szczeniaków w moim wieku

IMG_0771

  • kendwa beach – tam koniecznie! Najcudowniejsza plaża i nieobecność beach boysów co jest wielką zaletą
  • Gaba wśród delfinów na swoje urodziny
  • kolacja w The Rock, też urodzinowa
  • Stone town – tutaj spędziłam pierwszego Sylwestra, grając na telefonie w DOTS. Ważne doświadczenie. Generalnie zanosiłam się już kaszlem, który rozwinął się w zapalenie płuc po 3 dniach podróży do Nowej Zelandii

 

  • lokalny fryzjer z tysiącem warkoczyków, jak łatwo się domyślić nie na mojej głowie
  • cooking class – o tym też będzie bo było zabawnie

Może z tego wpisu nie wynika dokładnie co jest ważne na Zanzibarze ale myśle, że powoli zbliżamy się do celu:)