Archiwum kategorii: książki

Włoskie klimaty lat 50-tych i TAK dla pokojowego strajku.

Tęsknota z słońcem przejawia się nie tylko w kolorach potraw, które teraz gotujemy.

screen-shot-2017-03-05-at-14-49-35
miska obfitości – na quinoa pokrojone w kostkę papryki, kiełki fasolki mung, rzodkiewki, awokado, przesmażony jarmuż (na jednej patelni z jajkiem), jajko sadzone

Również w doborze książek.
Tym razem sięgnęłam po następną ,nieznaną mi dotąd autorkę,  z listy najlepszych książek XXI w ogłoszoną przez BBC. Rekomendacja wspaniała, choć jak się okazało książka ze słońcem niewiele wspólnego miała.

Elena Ferrante to postać tajemnicza. Nie wiadomo czy jest pisarką czy pisarzem – dotąd nie ujawniła swojej tożsamości, mimo rozlicznych nagród, które otrzymuje. To zjawisko samo przez się budzi refleksje – a gdyby być tak utalentowaną i docenianą, czy stać byłoby mnie na taką niezależność, na wolność od tych wszystkich pokus, które niesie sława? Bycie rozpoznawalnym, ambicja, potrzeba zostawienia śladu, swojej pieczęci na tym świecie to takie ludzkie i charakterystyczne przynajmniej dla europejskiej i amerykańskiej kultury.
Ale jak zwykle odbiegam od tematu:)

Przeczytałam pierwsza część tzw trylogii neapolitańskiej Ferrante i muszę przyznać, że rozczarowała mnie. Może za dużo oczekiwałam po takich referencjach, może zaufałam czyjejś opinii, że Ferrante to jedyna pisarka czy pisarz włoski, który zaistniał w światowej świadomości. A co z ubóstwianym przeze mnie Italo Calvino i drugiem asem włoskiej literatury – Alessandro Baricco?

screen-shot-2017-03-05-at-13-24-54

Alfred Eisenstaedt

screen-shot-2017-03-05-at-13-09-51

„Genialną przyjaciółkę” przeczytałam z zapartym tchem bo dobrze się to czyta. To pierwszy z czterech tomów tzw trylogii neapolitańskiej. Nie wiem jak dalej potoczą się losy Eleny, narratorki powieści, pewnie dopiero w całości będę mogła docenić to dzieło. Miejmy nadzieję. Na razie jednak tęskno mi trochę do tych powieści, perełek, gdzie na 300 stronach autor przekazywał wszystko, co chciał. Epopeja neapolitańska ma ponad 2000…
„Genialna przyjaciółka” to studium przyjaźni dwóch dziewczynek, którym towarzyszymy od wczesnego dzieciństwa do momentu, aż stają się młodymi kobietami. Przyjaźni gęstej i ciężkiej od skrajnych emocji. To wspaniałe portrety kobiet na tle lat 50-tych w biednej dzielnicy Neapolu, gdzie echa wojny w postawach ludzi z tego samego podwórka są cały czas wyraźnie słyszalne. Powieść to wnikliwa znajomość psychiki dorastających dziewcząt, nieuświadomionych zazdrości, bardziej świadomej rywalizacji, katorga porównywania siebie do innych i niepewność albo przypadkowość pierwszych wyborów.
I największe obawy, wspaniale opisane przez Ferrante: jestem gorsza, oraz podszyta zakazanym uczuciem odrazy, obawa  – oby tylko nie być podobną do matki.
Wszystko to , tak znakomicie oddane w powieści wskazywałaby raczej na to, że Ferrante jest kobietą.

img_7731
ilustracja Maurice’a Sendak do książki Ruth Krauss „Open house for butterflies”

Choć to w sumie nie ma znaczenia, chłopcy muszą przejść podobną drogę odrzucając własnego ojca aby stać się mężczyznami i do ojca powrócić.
To uczucie negacji, odwrócenia się, nieraz nienawiści jest drogą do wyłonienia się odrębnej naszej osoby. Po to, aby w procesie dojrzewania (i nie chodzi tu o burzliwy wiek nastoletni) powrócić do matki i ojca (czasem już dawno nieżyjących) i rozpoznać ich w sobie.
Wtedy przychodzi cud – lekko i nisko pochylamy głowę w akcie wdzięczności za to co dla nas zrobili najważniejszego, za Życie.

I jeszcze jedna, najważniejsza kwestia – jutro 8 marca, dzień kobiet i Międzynarodowy Strajk Kobiet. Ja będę z Maciejem w Poznaniu, na Placu Wolności.
Staniemy spokojnie przeciwko przemocy, której doświadczyłam jako kobieta  na różnych etapach swojego życia ale również przeciwko przemocy w stosunku do wszystkich istot.

Screen Shot 2017-03-07 at 16.40.28

I tak zataczam koło powracając do książki. Bo obok dwóch głównych bohaterek i Neapolu lat 50-tych, jest jeszcze jedna bohaterka – przemoc. Czy tak wiele się zmieniło?
Co możemy zrobić aby zmieniać świat?

 

Bardzo dziwna książka i łyk zdrowia po niej

Po świętach ogarnęło mnie czytelnicze szaleństwo. W ciągu jednego dnia przeczytałam „Noc ognia” – Erica Emanuella Schmitt’a, w ciągu następnych „Uprawę roślin południowych metodą Miczurina” – Weroniki Murek a dziś zamknęłam „Drogę” – Cormac’a McCarthy’ego.

„Droga” poruszyła mnie bardzo, ale nie ona jest tytułową dziwną książką.
Jest nią nagradzany w Polsce debiut młodej Weroniki Murek – zbiór opowiadań, które przekraczają granice snu-jawy, żywego-martwego oraz niczym nieograniczonej fantazji, która buzuje na kartkach książki i zagarnia czytelnika. Trzeba się skoncentrować aby nie przepaść w tej krainie. Czasem miałam wrażenie, że to sztuka dla sztuki i nie dziwiłam się, że książkę poleciła mi koleżanka artystka. Widziałam bowiem przed oczyma poszczególne sceny jak zmieniające się obrazy, skończone w swoim pięknie, surrealistyczne.
Od samego początku, od okładki, która wprowadza tajemnicęi dezorientację, wchodzimy w mroczny świat, który, i to jest największym żródłem niepokoju, znamy skądś dobrze. Zapyziałe miasteczko, przedszkole jak z sennych powidoków, gdzie naświetlane są dzieci, przeciwko krzywicy – jeszcze to pamiętam. Autorka zachwyca  kreowaniem atmosfery z pogranicza światów i historii. Wszystko bardzo dojrzałe i dotykające tematów, które przypisuje się innemu wiekowi – śmierć, odchodzenie, samotność.

screen-shot-2017-01-01-at-19-32-16

Czasy się mieszają, plany się mieszają, narracje i w końcu my sami coraz bardziej pomieszani.
W pierwszym opowiadaniu spotykamy dziewczynę, która jest już martwa ale jeszcze o tym nie wie, tuła się zatem po śladach swojego życia i szuka dowodu, że to pomyłka, że nie ją chowają za chwilę. ” O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa. ” To pierwsze zdanie książki.

„No – powiedział mężczyzna znad szachownicy – to na co pani zmarła?
– Może pani mówić – odezwał się ten w czerwonych chodakach – Tutaj sami swoi.
– A tak sobie, po prostu powiedziała Maria – Mogłam, to umarłam.
– Tak sobie, po prostu – powtorzył tamten i zabębnił palcami w stół, rozglądając się dookołą.
Wszyscy pospuszczali wzrok.
– Osobiście jestem człowiekiem rozumu – powiedział – i nie przekonuje mnie śmierć tak po prostu.
– Dlaczego? – spytała kobieta z aksamitką – Ja też się kiedyś zabiłam. Nie ma się czego wstydzić. Każdy z nas ma inne potrzeby. Niektórzy odchodzą w samotności, tak lubią. Jeśliby oceniać…
– Wcale nie oceniam – powiedział mężczyzna – po prostu nie mieści mi się w głowie. Ja osobiści żyłbym ile wlezie – umilkł, udał, że zbiera paluchem okruchy ze stołu.- Ostatecznie jednak człowiek jest wolny niestety.”

Maciej uważa, że w tych swoich opowiadaniach o książkach za dużo cytatów daję. Ale jeden cytat, zwłaszcza o takiej sile i zniewalającym pięknie, mówi więcej o książce niz setki słów. A i tak zawsze swoje trzy grosze wrzucę, choćby poprzez wybór książek, o których piszę.
„Uprawa roślin południowych…”wprowadza wręcz nastrój psychodeliczny, i trudno odpowiedzieć, czy mi się podobała. Na pewno zagarnęła, przeniosła w inny świat. Zachwycają mnie piękne metafory, czarny humor, dialogi. I na pewno będę z niecierpliwością czekać na następne dzieło. Mam nadzieję, że tym razem powieśc bo „Uprawa…” zostawia duży niedosyt, jest urwana jakby w pół słowa i to jest dla mnie jej mankamentem. Choć może w tym również leży jej siła…nie wiem, i trudno mi nawet rozpoznać wszystkie uczucia, które książka we mnie wzbudziła.

A tytułowym łykiem zdrowia jest mój zimowy szlagier, uzależniacz. Prosty jak cep (aby odwołać się do wiejskich klimatów książki:) a zdrowy niesłychanie.

img_7299

Na 1/2 szklanki przegotowanej ciepłej wody dodaj

  • sok z jednej pomarańczy
  • 2 łyżeczki octu jabłkowego
  • 2 łyżeczki miodu

    Ocet jabłkowy najlepiej zrobić samemu, wiadomo, ale jeśli nie mamy cierpliwości warto kupić go w sklepie ze zdrową żywnością. Nasze kochane jabłka to niestety jedne z bardziej pryskanych owoców a napój ten jest pysznym lekiem na całe zło:)
    Przepisów na ocet jest w internecie mnóstwo, podobnie jak informacji czego jest skarbnicą i dlaczego warto go pić.  Tutaj podaję ten, który robi Pani Iwonka i który używamy do bardzo wielu potraw w lipowym domu – od winegretu, przez zupy, pasty do napojów właśnie.

    Wyparzony słoik skórek z jabłek, najlepiej 3 rodzajów i oczywiście ekologicznych, zalewamy ciepłą przegotowaną wodą z miodem i cukrem. Na litr wody dodajemy 1 łyżkę miodu i 1 łyżkę cukru.
    Skórki nie powinny unosić się nad powierzchnię płynu, można docisnąć je wyparzonym talerzykiem albo mniejszym słoiczkiem.
    Przykrywamy gazą i odstawiamy w miejsce, gdzie będziemy mogli początkowo mieszać ocet codziennie. O temperaturze w jakiej powinien stać ocet są rozbieżne zdania. Pani Iwonka trzyma go w temperaturze ok 20 st. Ważne, aby utrzymane były sterylne warunki – gdy mieszamy ocet nie oblizujemy łyżeczki:). Jabłka zaczynają pracować i podniosą się trochę, przykrycie musi zabezpieczać przed muszkami.
    Pierwsza fermentacja gotowa jest po ok. 4 tygodniach. Jeśli chcemy uzyskać ocet mocniejszy filtrujemy płyn, dokarmiamy miodem i cukrem i pozostawiamy do powtórnej fermentacji.
    Po tym czasie zlewamy do butelek.

    Na zdarowie!

 

Kiedy kończy się rodzina?

screen-shot-2016-10-28-at-23-51-25

Z takim pytaniem wyszłam z kina po „Ostatniej rodzinie” Jana P.Matuszyńskiego.
Filmem o rodzinie Beksińskich jestem poruszona do głębi nie tylko ze względu na prawdziwe i tragiczne losy bohaterów, bo te znałam wcześniej.
Dzieła Beksińskiego poruszały we mnie zawsze strunę, której dźwięku wolałabym nie słyszeć ale czy przez to dźwięk ten nie istnieje? Ciekawe, bo wrażenie dźwięczności (albo niemego krzyku) obrazów Beksińskiego, spotęgowane jest w filmie po mistrzowsku dobraną muzyką.
Muzyka jest też przede wszystkim żywiołem Tomka Beksińskiego, którego audycje pamiętam jeszcze z radiowej Trójki.

Obszary, których nie chcemy zobaczyć, a nawet jeśli wpełzają na krawędź świadomości, spychamy je jak najszybciej – inność, życie jako umieranie, rozkład, śmierć, samotność.
A z drugiej strony bliskość w rodzinie, potrzeba relacji, autentyczność i zniewalające, skomplikowane ciepło bijące od Beksińskich. Miłość. Znajduję ją nawet w słowach ojca, który prosi lekarza aby nie ratować syna po nieudanej próbie samobójczej  (bo znów będzie tak cierpiał żyjąc) oraz w ostatecznym- „gratuluję, w końcu ci się udało”, nad martwym już ciałem syna.

screen-shot-2016-10-29-at-00-03-37

Film jest wspaniały we wszystkich aspektach – zachwyciła mnie reżyseria, zdjęcia, dialogi, gra aktorów, kadrowanie, światło, oszczędność formy, kostiumy…niedokończona jakby kreska, niejednoznaczność relacji i „grubość i kruchość” jednocześnie.
Uszanowanie innego, nie ocenianie, powstrzymanie się.

A moje subiektywne, jak wszystko tutaj, pytanie na wstępie?
Kiedyś rodzina jawiła mi się długą historią. Teraz coraz częściej nie znamy imion swoich pradziadków a czasem i dziadków. Rozchodzimy się i rozwodzimy, Wszystkich Świętych staje się Halloweenem, chociażby dlatego, że dzieci „nie wyrabiają” się z zadowoleniem wszystkich stron podczas wszystkich świąt więc i czas rodzinny się skraca.

Gubi się ciągłość.
We wszystkim.
Oprócz
Życia

 

Dziadek powraca za sprawą „Korekt” Jonathana Franzena

Jedne z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa to chwile, kiedy wchodziłam do gabinetu mojego dziadka, Mariana Paluszkiewicza, w Poznaniu na ul.Miłej.

IMG_0787.JPG
Gabinet był najpierw na piętrze willi, w której mieszkali dziadkowie, potem, chyba po feralnym upadku dziadka z czereśni, powędrował wraz ze swoim gospodarzem na parter. Dziadek nigdy już nie odzyskał pełni sił.
W moim wspomnieniu widzę pokój , którego cztery ściany zabudowane są od sufitu po podłogę półkami. Na tych półkach piętrzą się książki.
Ich grzbiety niczym nie przypominają dzisiejszych – są stonowane, często skórzane z wygrawerowanym na złoto tytułem i autorem. Część z nich jest oprawiona w płótno, część starannie obłożona w szary pergamin. Na pergaminie pięknym pismem dziadka – autor i tytuł.

img_6943img_6942

książka z biblioteki dziadka. wpis na pierwszej stronie mówi: ten egzemplarz Krzyżaków Sienkiewicza nabyłem w październiku 1939 r, gdy w Poznaniu pod okupacją hitlerowską zaczął się srożyć ucisk polskości. Byłem wówczas w księgarni Tetzlaffa przy Placu Wolności i proszono mnie, abym nabył jeden z ostatnich egzemplarzy Krzyżaków, które wyłapywała i niszczyła policja niemiecka.
Egzemparz ten schowałem w listop. 39r na strychu naszego domku przy ul. Miłej 18a, gdzie szczęśliwie przetrwał do naszego powrotu na wiosnę 1945r.

Aby wziąć książkę do ręki najpierw sięga się po flanelową suchą szmatkę, która była kiedyś miękką koszulą. Szmatka wisi na przyszytej przez dziadka haftce, zawsze w tym samym miejscu. Dziadek bierze szmatkę, potem książkę i przeciera jej wierzch.
Pyta czy myłam ręce.
Siadam w jego starym fotelu, który kiedyś odziedziczę i zaczynam czytać.
Fotel, lampa, książka i ja. Nic więcej się nie liczy, nic więcej nie istnieje.
Nie wiem, kiedy robi się wieczór, ze świata powieści, bardziej realnego niż ten za oknem, wyrywa mnie babcia wołając na kolację. Czy będzie dziś mój ulubiony omlet francuski z waniliowym serkiem? Nie wiem. Nawet dla omleta ciężko pożegnać ten zaczarowany świat, wyjść z kręgu światła rzucanego przez zieloną lampę.

Tego świata już nie ma, nie ma ekslibrysów, katalogowania swoich książek, szelestu kruchego papieru najwyższej jakości. Wydaje się też, że nie ma tych wspaniałych powieści, pisanych z rozmachem, z wiedzą historyczną i wnikliwą psychologiczną głębią. A może nie? Może tylko tak się nam wydaję?
To u dziadka na fotelu czytałam sagę rodziny Buddenbrooków i teraz wróciłam do tych chwil za sprawą innej książki. Tą książka są Korekty Jonathana Franzena.
Obydwie powieści dzieli 100 lat i ocean a łączy historia upadku rodziny, co Buddenbrookowie mają przecież w tytule.

screen-shot-2016-10-04-at-18-15-05

„Korekty „przypomniały mi Buddenbrooków z racji rozmachu z jakim są napisane oraz z racji melancholii i smutku, który zawsze towarzyszy schyłkowi. Opisana rodzina Lambertów jest właśnie u kresu – nieszczęśliwe, stare małżeństwo i trójka dzieci, które dawno już wyszły z domu i mają do niego przyjechać na „ostatnie święta”.
Podobnie jak u Manna dekadencką atmosferę powieści podkreśla ironia i czarny wręcz humor. To współczesna tragikomedia i farsa na społeczeństwo amerykańskie.
Nie brak w niej również proroczych wglądów (powieść została wydana dzień przed zamachem na WTC).
Przeczytałam ją jednym tchem bo choć mówi o amerykańskiej rodzinie po tych kilkunastu latach od jej wydania, jest bardzo aktualna również dla nas. Wiadomo, wszystko przychodzi z Ameryki:) więc zachowania i kody kalekiej (a może po prostu takiej jaka jest) komunikacji miedzy najbliższymi sobie ludźmi są łatwo rozpoznawalne.
Do Buddenbrooków chciałam ostatnio wrócić – nie dałam rady. Ale w powieści Franzena odnajduję jeszcze inne tropy. To mój ukochany kiedyś Kurt Vonnegut i jego zabójczy (nie zawsze śmiechem) pazur.
„Korekty”  to lektura gorzka ale polecam, sama zachęcona odnalezieniem tej pozycji w kanonie literatury XXI wieku ogłoszonej przez BBC.
Czas otrzepać się z pajęczyn i odłożyć XX wiecznych mistrzów – są nowi, którzy, mam nadzieję, pomogą zrozumieć ten dziwny świat.

screen-shot-2016-10-04-at-18-15-36

“ Och, mizantropia i gorycz. Gary chciał cieszyć się tym, że miał bogactwo i wolny czas, ale Ameryka czyniła to niełatwym zadaniem. Wokół niego miliony nowo wyhodowanych, zaangażowanych milionerów uporczywie brały udział w pościgu za poczuciem niezwykłości – za nabyciem idealnej posiadłości wiktoriańskiej, za rozdziewiczeniem nietkniętego stoku narciarskiego, za zaprzyjaźnieniem się z jakimś znanym szefem kuchni, za zlokalizowaniem plaży, której nie dotknęła ludzka stopa.
Oprócz tego były jeszcze dziesiątki milionów młodych Amerykanów, którzy nie mieli pieniędzy, ale i tak gonili za Superżyciem. Tymczasem smutna prawda była taka, że nie każdy mógł być niezwykły, nie każdy mógł być Supergościem, bo kto wówczas pozostałby zwyczajnym człowiekiem? Kto odwaliłby niedocenioną robotę bycia stosunkowo niesuper?”
do tego pięknego opisu po tych kilkunastu latach można by dodać jeszcze pzyjaźń ze znanym fryzjerem i trenerem osobistym:)

i takie perełki

“ brak chęci wydawania pieniędzy uznaje się za objaw choroby wymagającej kosztownego leczenie”

“rozglądała się dookoła i widziała dwustu dobrych ludzi i ani jednego niedobrego. Wszyscy jej znajomi byli porządni i mieli porządnych znajomych, a ponieważ porządni ludzie zwykle miewają porządne dzieci, świat Enid przypominał trawnik tak gęsto obsiany trawą, że chwasty nie miały tam żadnych szans. Prawdziwy cud porządności.

“ całe życie Gary’ego było zaplanowane jako korekta, jak poprawianie życia ojca…dlatego Gary nie miał wyboru i musiał walczyć, zagryzać nieustannie zęby i robić, co w jego mocy, żeby cieszyć się życiem…”

“Niemożność jest atrakcyjna.”

“To, co człowiek w sobie odkrywa w związku z wychowywaniem dzieci, nie zawsze jest miłe i atrakcyjne”.

“Wszyscy jesteśmy tak stworzeni, że myślimy, że nasze dzieci sa od nas ważniejsze, rozumiesz, i przez nie spełniamy się w życiu.”

“Chipa uderzyły ogromne podobieństwa między czarnym rynkiem na Litwie i wolnym rynkiem w Ameryce. W obu krajach wszystkie bogactwa były w rękach nielicznych posiadaczy; zanikły wszystkie istotne różnice między sektorem prywatnym a publicznym; potentaci handlowi żyli w nieustannym strachu, który zmuszał ich do bezlitosnego powiększania imperiów; zwykli ludzie żyli w nieustannym strachu, że zostaną zwolnieni, i wiecznej konfuzji co do tego, który prywatny fundusz może nagle wykupić na własność  publiczną do tej pory instytucję; ekonomię w ogromnej większości napędzały elity i ich nienasycone pragnienie luksusu…Główna różnica między Litwą a Ameryką zdaniem Chipa polegała na tym, że w Ameryce kilku bogaczy niewoliło tłumy biedniejszych od siebie za pomocą ogłupiających i zabijających sumienie rozrywek, gadżetów i leków, podczas gdy na Litwie kilku wpływowych ludzi gnębiło resztę obywateli za pomocą siły i przemocy”.

Z dziadkiem „Korekty” mają jeszcze inne powinowactwo – dziadek był pedagogiem, godzinami pochylonym nad pracami swoich uczniów oraz nad swoimi własnymi i drobnym, pochyłym pismem nanosił na marginesach korekty. Takim go pamiętam.

 

Mus z awokado i piękna książka

Screen Shot 2016-05-01 at 21.16.13

Rzadko kiedy tak emocjonalnie wiążę się z bohaterami, czuję się świadkiem, obserwatorem, który chciałby dostać się do środka opowieści i szeptać, pomagać, przekazywać wiadomości – przecież przez 200 stron tej niezwykłej historii bohaterowie nie maja ze sobą żadnego kontaktu. A przecież nic zrobić nie można… ich los prowadzi nieuchronnie, tak jak rzeka, po której płynie główny bohater, do ujścia, którego najmniej się spodziewają i oni i my.
Piszę o książce Petera Carey’a “Oskar i Lucynda”. Wzruszyła mnie do głębi, choć nie połknęłam jej w jedną noc (zakładając że 600 stron nie jest przeszkodą). To powieść w którą zanurzamy się i w której akcja jest pochodną atmosfery. Zresztą sam Carey wyznał, że pisząc książkę nie miał w głowie historii miłosnej i sam był zaskoczony jak się wyłoniła i stała się głównym źródłem emocji.
Rzecz dzieje się w XIX wiecznej Australii i Anglii a bohaterami jest dwoje ekscentryków – duchowny hazardzista i młoda panienka, łamiąca wszelkie standardy ówczesnej roli kobiety. Zresztą i teraz byliby nietuzinkowi – rudowłosi outsiderzy, niełatwi, zdawałoby się nieudolni i nieprzystosowani.
Tych dwoje wsiada razem na statek w Anglii a my śledzimy ich losy już wcześniej.
Oscar opuszcza ojca, badacza fauny nadbrzeżnej, buntując się przeciwko ascetycznemu wychowaniu i postanawia zostać anglikańskim pastorem.
Łzy spływały mi po policzkach przy scenie z kawałkiem bożonarodzeniowego puddingu.
Potem studiuje na Oxfordzie, gdzie jego bieda i ekscentryczność zyskują mu miano dziwoląga. Zaprzyjaźnia się jednak z barwnym hulaką i dzięki niemu trafia na tory wyścigowe. To też scena wręcz filmowa, gęsta jak wilgoć i para ze spoconych końskich grzbietów. Dalej mamy wszelkiego rodzaju gry hazardowe, którym pastor poddaje się widząc je jako zesłane wręcz od boga. Pieniądze w ten sposób zdobyte mają pomóc w studiach teologicznych. Ale stanowią też przewrotną licytację, zakład z bogiem przy jednoczesnym poczuciu niewinności. Oscar jest dla mnie jedną z najbardziej skomplikowanych i niezrozumiałych postaci w literaturze.

cała nasza wiara, panno Leplastrier, jest rodzajem zakładów. Wszyscy stawiamy na coś – wyłożył to mądrze Pascal…Stawiamy mianowicie na to, że istnieje Bóg. Stawką jest nasze życie. Szacujemy zyski i straty i liczymy, że znajdziemy się wraz ze świętymi w raju. Nad ranem budzimy się zlani potem niepewni owej wygranej. W pełni zimy wyskakujemy z łóżek i padamy na kolana. A Bóg nas widzi, ogląda nasze cierpienia. I jakże ów Bóg – Bóg, który widzi nas klęczących na zimnej posadzce…
nie mogę pojąćciągnął Oskar – dlaczego Bóg, który tak stanowczo wymaga od nas, ludzi, byśmy wdali się w tę hazardową grę o nasze dusze, byśmy się tą grą zajmowali w każdej sekundzie życia…tak, to prawda! Musimy stawiać wszystko na kartę Jego niedającego się udowodnić istnienia.”
Inaczej postrzegają to jego zwierzchnicy, zostaje wiec wysłany do Australii aby tam nieść światło wiary. Jedna z dramatyczniejszych scen to ta, kiedy widzi go po raz pierwszy Lucynda – pakowanego w klatce dźwigiem jak zwierze na pokład statku. Oskar bowiem ma lęk przed wodą tak wielki ze staje się on jego fobią.
Lucynda wraca natomiast z Anglii do Australii po nieudanej próbie znalezienia sobie męża na starym kontynencie. Jest już sierotą, dziedziczką fortuny która pozwoliła jej kupić hutę szkła w Sydney. Ona też jest nieprzewidywalna i bezkompromisowa. Igra z losem, stawiając w grach karcianych swoją fortunę, aż do momentu kiedy postawi wszystko na jedną kartę.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.04.45

Cate Blanchett i Ralph Finnes w filmie z 1997

Losy ich splatają się w tym momencie i meandrują tajemniczymi zakolami, prowadzącymi przez rozmaite krajobrazy: od wybrzeża Anglii, przez doki w Sydney i australijski busz.
Jest to jedna z najbardziej poruszających historii miłosnych jakie kiedykolwiek czytałam. Książka coraz głębsza im dłużej myślę o niej po zakończeniu lektury – wszechobecna woda, która we wszystkich archetypowych wyobrażeniach mówi o naszych emocjach, uwarunkowania bohaterów: Oscar osierocony przez matkę, z zamrożonymi uczuciami do ojca, Lucynda osierocona przez ojca, z silną matką, która wychowywała ją samotnie.  Uwarunkowania, które mimo wręcz rewolucyjnych charakterów, wracają echem uniemożliwiając bohaterom prostą komunikację. Miłosne powinowactwo dusz, surrealistyczny zakład i jego realizacja,  przedzieranie się przez busz i brutalne wyżynanie tubylców…pod koniec książki powietrze jest gęste i lepkie a atmosfera coraz bardziej wariacka. Ach, można byłoby głębiej zanurzać się do tej studni:)

Dla równowagi skomplikowanej historii Oskara i Lucyndy, najprostsze na świecie śniadanie na 2 osoby.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.18.00

1 awokado
1/4 świeżego ananasa
garść świeżego szpinaku
1 mały ogórek gruntowy
1/2 cm obranego korzenia imbiru
łyżka oleju lnianego
1/2 szklanka wody

Wszystkie składniki blendujemy i podajemy w miseczkach.
Awokado dobry jest na miłość, ogórek to świeżość, szpinak moc, ananas słodycz a imbir szczypta pikanterii. Olej zaś dobry jest na wszystko.

 

 

 

 

 

„Niewola” i przaśny chleb

Choć w Polsce są cztery pory roku, coraz bardziej dyskusyjne, to my dzielimy rok na dwie części – czas kiedy mamy mniej gości a to sprzyja czytaniu i czas od wiosny, kiedy oprócz książek kucharskich trudno znaleźć chwilę na lekturę..
I tak owinięci w kocyki i umoszczeni przed kominkiem pochłaniamy kolejne tomy.

Maciej pierwszy przeczytał “Niewolę”, węgierskiego pisarza Gyórgy Spiró i był szczerze zachwycony.  Sięgnęłam po książkę wiedząc, że z całą pewnością będzie to kawał dobrej literatury, gust mojego męża jest bowiem bezsprzeczny ale z pewnym ociąganiem – 900 stron!

Screen Shot 2016-02-06 at 16.44.39
Ostatnio, nie przebrnęłam przez moją kochaną Tokarczukową, żałując, że jej Księgi Jakubowe nie były o połowę krótsze:) Myślę, że stałoby się to bez szkody dla dzieła ale to oczywiście tylko moja niepopularna opinia sądząc po Nike, którą zgarnęła.
W “Niewolę“ wkręcałam się bardzo powoli. Nie zachwycił mnie język ani bardzo powolna narracja. Poszłam jednak za radą Macieja, który uważał, że powieści tej należy dać popłynąć, nic nie pospieszać, niczego nie oczekiwać. No i było coś intrygującego w postaci głównego bohatera – pewna rezygnacja i uległość z którą przyjmował swój los, która nie oznaczała jednak braku siły.
Uri, bo o nim tu mowa jest 19 letnim pierworodnym synem Żyda z rzymskiego Zatybrza. Jego rodzina żyje w biedzie – ojciec Jakub trudni się handlem ale na skutek licznych podatków na rzecz Rzymu jak i dla żydowskiej wspólnoty oraz Świątyni w Jerozolimie, ledwo wiąże koniec z końcem. Na dodatek Uri cierpi na poważną wadę wzroku, która eliminuje go z możliwości podjęcia jakiegokolwiek zajęcia. Niezdolny pomóc ojcu czuje się przez niego niekochany .Całymi dniami czyta i włóczy się po Rzymie, poznaje kilka języków bo choć natura pozbawiła go dobrego wzroku obdarowała go fenomenalną pamięcią.
Pewnego dnia, ku swojemu zaskoczeniu, Uri dowiaduje się ze będzie członkiem delegacji do Jerozolimy, która złożona z szanowanych obywateli ma przewieźć coroczny podatek na święto Pesach. Uri nie wie jak do tego doszło – on, ostatni z ostatnich wśród znamienitego towarzystwa? Uszczęśliwiony opuszcza rodzinny dom. Tak zaczyna się jego kilkuletnia tułaczka – z Rzymu do Jerozolimy, gdzie dostaje się do więzienia, dalej przez Judeę do Aleksandrii, gdzie jest studentem największej w ówczesnym świecie Biblioteki Aleksandryjskiej i z powrotem do Rzymu.
Z jednakowym spokojem i zadziwieniem, które nie raz ratuje go od śmierci, przyjmuje Uri swój los.
W Rzymie towarzyszymy mu aż do jego śmierci za panowania cesarza Tytusa.
Przez karty książki obok fikcyjnych postaci przewijają się Kaligula, Klaudiusz, Neron, filozof Filon oraz…Jezus.
Pomysł powieści przypomniał mi trochę mój ukochany film Zelig, gdzie Woody Alen nieoczekiwanie pojawia się koło Hitlera, Papieża i innych historycznych postaci.
Bo akcja Niewoli tak się układa, że zupełnie “niechcący” Uri znajduje się za każdym razem w centrum wydarzeń antycznego świata.
Po skończeniu książki doceniłam jej cały kunszt. Oprócz drobiazgowych szczegółów życia żydowskiej diaspory, zwyczajów i czasem zupełnie szokujących w swojej brutalności nakazów wiary lub raczej jej interpretacji, jest ona zachwycającą opowieścią o kole życia.
Początkowo opowieść snuje się wolno, przeszło połowa książki to pierwszych parę lat, potem wraz z wiekiem wszystko nabiera przyspieszenia aby pożegnać się z Urim, kiedy sam wychował dwóch synów i dwie córki i  ma już wnuki.
“Uri przebiegł myślami swoje życie i stwierdził, że niezliczoną ilość razy mógł przecież sądzić, że nic gorszego niż to, co się jemu przytrafiło, nikomu przytrafić się nie mogło, a jednak wcale tak nie sądził.
Co sprawiło, że byłem taki cierpliwy? I taki pokorny? Czy spodziewałem się, że będzie mi dane inne życie? Jeśli wytrzymam to, które mam w nagrodę dostanę piękniejsze?…
Starzejąc się, Uri miał wrażenie, że na wszystko w głębi duszy macha ręką. Może tak właśnie Wiekuisty objawia łaskę, ułatwia swemu wyznawcy odejście ze świata, zsyłając na niego przemożną niechęć do życia..”

Powieść ma tyle warstw!
Piękny portret niejednoznacznej postaci, pełnej wahań i nieumiejętności, niedoskonałości, bólu i tęsknoty. Przede wszystkim syna, który kocha ojca nad życie i chce zasłużyć na miłość ojca. Nie wie, że ta miłość jest  i na nic nie musi zasługiwać. Trudna miłość ojca do syna, który nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom.

Oprócz warstwy psychologicznej jest obyczajowa – wnikliwe i drobiazgowe odtworzenie atmosfery żydowskich diaspor I w n e. Relacje w rodzinie, zwyczaje i codzienne życie – cały piękny opis pobytu Uriego na pustynnej Judei. Dramatyczna pozycja kobiet – czy to sióstr, czy żon, matek czy kochanek.

Jest też polityka – dzięki Spiró zaglądamy za brudne kulisy (jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do tego jak i przez kogo pisana jest Historia) i splątana z nią nierozerwalnie religia (w dobrym czasie pojawili się nazarejczycy z Pomazańcem, którego spotykamy na chwilę w celi).
Polityka zaprzęga religię, a jeśli istnieje taka potrzeba wręcz ją kreuje  a przez nią wpływa na obyczajowość, zasady i normy.
“My już nie będziemy się wygłupiać – odparł Uri – nadchodzą czasy śmiertelnie poważne, pozbawione humoru, pogody ducha, fantazji…Nadchodzą wojny religijne, nie imperialne.
– W Rzymie również – zauważył Apollos.
– Nie sądzę – odrzekł Uri – Tam Żydów jest garstka, nie liczą się, więc zostawią ich w spokoju, tyle się tam kłębi ważniejszych nacji. Tu jednak będzie strasznie. Aleksandria stanowi przykład, tworzy modę. Tam gdzie żyje znacząca mniejszość żydowska, w Afryce, w Azji, gdziekolwiek, zostanie zgładzona. Nie tak niedbale, powierzchownie, idiotycznie jak tutaj: tam najpierw przygotują Strefę, porządnie ją ogrodzą, zaplanują, celowo i dokładnie, nie tak głupio, spontanicznie jak tu, i dopiero potem zagnają do niej Żydów. Którzy już stamtąd się nie wydostaną.
– ja też tak twierdzę – żachnął się Apollos – To samo twierdzę! Jeśli Żydzi wyrzekną się statusu narodu wybranego, zachowując wszystko inne, nie będzie ich za co mordować!
To się nie uda – powiedział Uri – Każdy cios będzie wzmacniał ich wiarę, że są wybrani. Ojciec bije tylko własnego syna, cudzego syna nie bije. Mój ojciec mnie odtrącił, kiedy się okazało, że kiepsko widzę; ślepota cudzego syna go nie oburzała!”

Myślę sobie o tytule. Dlaczego “NIEWOLA”? Przecież już dziadek Uriego wykupił się z niewoli, Jakub, jego ojciec był wolny, Uri także. Więcej pisać nie mogę bo zdradzę fabułę ale ciekawe byłoby posłuchać czym dźwięczy ten tytuł dla każdego z nas.

Bardzo aktualna książka, nie sądziłam , że tak bardzo.

I na koniec prosty przepis przaśny chleb czyli taki, który jest pieczony bez zakwasu i bez drożdży. Przewijał się przez strony powieści, jako podstawa wyżywienia, bardzo często upragniona. U nas w wersji bezglutenowej, z niepalonej kaszy gryczanej.
Przepis pochodzi z bloga http://www.natchniona.pl/
i jest naszym objawieniem

IMG_6012

50 dag niepalonej kaszy gryczanej
3 łyżeczki soli himalajskiej
750 ml wody – 3 szklanki – dałam więcej wody niż w przepisie bo dodaję ziarna chia i pestki słonecznika i dyni

Kaszę opłukać na sitku, zalać wodą, zostawić na min. 8 godzin. Przemieszać. Kasza napęcznieje bardzo nieznacznie i będzie lekko lepka. Zostawić a kolejne 8 godzin. Wieczorem zmiksować, wymieszać z solą i pestkami, przelać do foremki – u mnie mała foremka aluminiowa o wielkości 12×24 wypełniona prawie po brzegi ale ciasto nie rośnie i nie wypływa.

Rano wstawić do zimnego piekarnika i nastawić na 200 st. W przepisie pieczenia to 50 min. Mnie zajmuje to 1.15

Jak zrobić dużo tofu

Na fali zmiany diety ze zdrowej na jeszcze zdrowszą (można zwariować ale można też zmieniać) wyprodukowaliśmy swoje pierwsze tofu. Działo się to pod czujnym okiem Misi Żelazny, która zasilała lipowy dom przez lipiec swoją wiedzą i doświadczeniem.

IMG_4982

To co wydawało się poza zasięgiem, stało się cotygodniową  ceremonią i teraz mamy swoje tofu, które używamy do nowych przepisów.

Co będziemy potrzebować?
Ilości na ok. 90 dag tofu

– 3 szlanki soji
– 4 łyżeczki soli nigari – do kupienia tutaj
– gazę – może być tetrowa pieluszka
– bardzo duży garnek – min 12 litrowy
– duży garnek 10 litrowy
– mniejszy garnek ale nadal duży – min 5 litrowy
– mocne sito, najlepiej stalowe
– drewnianą łyżkę
– łyżkę cedzakową

Przygotowanie frontu pracy wydaje się najistotniejsza częścią całego przedsięwzięcia. Pozwalat uniknąć ataków paniki, kiedy z kipiącym mlekiem stoimy na środku kuchni bezradnie szukając gdzie by tu je przelać. Ilość, którą podaję jest duża, wystarczająca na 40 tofuburgerów z bobem, na które przepis wkrótce. Na potrzeby domowe, można zrobić oczywiście połowę porcji – mniej jest chyba zawracaniem głowy bo jest z tym trochę zamieszania.

Soję moczymy przez 10 godz w 12 szklankach wody (cup lub 250 ml). Odcedzamy i przepłukujemy.
Dzielimy porcję na 4 części i blendujemy każdą część z 2 szklankami wody. W sumie do całej masy dodamy 8 szklanek (mniejszy z naszych garnków)

IMG_4980
W największym garze zagotowujemy 15 szklanek wody i na gotującą wodę wlewamy sojową masę. Mieszając często doprowadzamy do wrzenia i w momencie kiedy zaczyna kipieć, zdejmujemy z gazu i przelewamy przez gazę ułożoną na sicie, które z kolei leży na średnim garnku.  Moje pierwsze próby nie były pełnym sukcesem – podczas podgrzewania mleko przypaliło się. Teraz podgrzewam je szybko na płomieniu, ciągle mieszając.
Po przelaniu zawartości gara do garnka na tetrze pozostaje nam okara, którą wykorzystamy do innych przepisów. Dobrze jest wycisnąć zawartość pieluszki, ponieważ jest tam jeszcze dużo mleka. Masa jest gorąca, więc można wyciskać słoikiem.
Wiem, że opisuję to bardzo dokładnie i może wydawać się, że to dosyć skomplikowane. Tak jednak nie jest i po pierwszej próbie, kiedy ogarniemy cały temat, pójdzie nam jak z płatka.

Pod tetrą w garnku zostaje nam mleko sojowe. Możemy zakończyć na tym proces, jeśli mleko to jest to czego potrzebujemy. Aby postało 2-3 dni warto pogotować je na małym ogniu ok. 5 min.

Jeśli natomiast chcemy zrobić tofu to jesteśmy w połowie drogi. Zdejmujemy mleko z gazu.
W 2 szklankach wody rozpuszczamy 4 łyżeczki soli nigiri.
Mieszamy mocno, rzeczywiście mocno mleko i wlewamy 1/3 roztworu. Mieszamy przez parę sekund i kolejną 1/3 roztworu rozprowadzamy po powierzchni, nie mieszając już do dna.
Zakrywamy gar i czekamy 3 minuty. Po tym czasie mieszamy delikatnie wierzch (już mleko będzie się ścinać) i wlewamy pozostały roztwór i jeszcze mieszamy po powierzchni. . Czekamy kolejne 3 minuty. Jeśli kolor cieczy w garnku jest nadal mleczny dodajemy jeszcze trochę roztworu (szybko rozpuszczamy 1 lub 2 łyżeczki soli nigiri w pół lub szklance wody).

IMG_5260

Na tym końcowym etapie nasze dzieło nie wygląda zachęcająco ale to tylko pozory.
Do sita wyłożonego gazą (może być ta sama którą używaliśmy do okrasy, trzeba ją jednak wypłukać) bardzo delikatnie, cedzakową łyżką, przekładamy tofowe “kalafiory”.
Gazę zwijamy i przykrywamy na wierzchu talerzykiem, który obciążamy czymkolwiek. Może być kamień ale może być też słoik z miodem. Albo z ogórkami:)

IMG_4999
Po 25 minutach wyciągamy tofu z pieluszki. Jeśli chcemy używać go przez kilka dni to najlepiej przełożyć je do pudełka z wodą – nie będzie obsychać.

IMG_5195
po lewej stronie okara, po prawej gotowe tofu

Do dzieła!