Archiwum kategorii: książki

Dynia z wierszykiem

Już czas przedstawić Wam przepis, który urzekł mnie w tamtym roku zimą.

Pochodzi z książki nowozelandzkich autorek Rowan Bishop i Sue Carruthers „ The vegetarian adventure cook book”.

Jak zwykle w takich sytuacjach, nie wiem czy jest sens pisania źródła przepisu.

w dobie internetu wszystko bowiem staje się kwestią czasu, w którym wpadniemy na coś o czym byliśmy przekonani, ze to nasz autorski pomysł albo z coraz większą frustracją przeglądamy przeklejone, ciągle powtarzające się wpisy.

I chyba już nie treść i kreacja stają się najcenniejszym dobrem tylko właśnie czas, który poświęcamy na szukanie inspiracji lub sprawdzaniu czy aby tego już nie było.

Choć czasem zdarza się przebłysk przyprawiający nas o dreszcz.

Słodka chwila gdy wiemy, że to nasz własny pomysł, w którym spotykają się doświadczenie i radość tworzenia.

Przydarzyło mi się to parę razy z zupami, fasolą i…wierszami.

 

ZUPA

Kiedy gotuję zupę
jestem w siódmym niebie.
Na bulgocącą wodę
wsypuję po szczypcie ziół.
To tylko trochę tymianku
a już ogarnia mnie drżenie
na samą myśl
o pewności następnych ruchów.

Obieram warzywa
i podnoszę pokrywę.
Mało poetyckie kości cielęce
są jedynym aktem rozsądku
w tym dziele –

przypominają mi kim jestem.

Aromat przechodzi kuchnię
wnika w moje włosy i skórę –
jestem władczynią
w potężnym królestwie
esencji i smaku,
gdzie wszyscy są bezpieczni
pod rządami selerowej buławy.

 

fullsizeoutput_1584

Nie wrzucam już kości do zupy, wystarczą uduszone przez chwilę warzywa.

Choć jest jedno odstępstwo – rosół na szpiku, który traktuję jak lekarstwo, jak eliksir gotowany na maleńkim ogniu przez wiele godzin, z dodatkiem palonej cebuli naszpikowanej goździkami.

Ale i w tym przypadku może być inaczej. Nic nie musi być jedynym słusznym sposobem.

Z tej myśli rodzi się inwencja i przestrzeń ale to już inne rozważania a czas wrócić do dyni, która cierpliwie czeka.

 

Przy przepisie, którego źródło podałam autorki dziękują Brigitte a nazwa Fat Freddie’s Pumpkin, mogłaby sugerować, że Brigitte dostała go od Freddiego a Freddie może od…itd. Itd.

 

Dynia (ja użyłam hokkaido) o wadze 1-2 kg

1 łyżka oleju rzepakowego

2 łyżki masła (w przepisie jest margaryna)

3 – 4 kromki chleba pełnoziarnistego

1.5 łyżeczki pasty Marmite

1.5 cup (można miarki kupić np. W Ikea) gorącej wody

¾ cup kwaśnej śmietany

1 jajko

1 łyżeczka gałki muszkatołowej

Sól, pieprz

100g utartego sera – mieszanka cheddara i gruyere

 

Obcinamy czubek dyni aby powstała przykrywka i jakby garnek. Łyżką usuwamy pestki

Na rozgrzanym oleju i maśle przesmażamy pokruszony chleb. Przekładamy do dyni.

Rozpuszczamy Marmite w gorącej wodzie i wlewamy do dyni.

Ubijamy jajko, dodajemy kwaśną smietanę, przyprawy i ser. Wlewamy do dyni.

Przykrywamy wieczkiem, i pieczemy do miękkości – 1 do 1.5 godz w temp 200stC.

Podajemy w całości, kroimy na ćwiartki dynię wraz z serowym miąższem.

 

Uuu Uuu Uuu

Reklamy

Middlesex – lektura obowiązkowa na dzisiejsze czasy.

Koniecznie chcę was namówić na przeczytanie powieści Jeffrey’a Eugenidesa „Middlesex”.

Screen Shot 2018-03-23 at 16.12.26

Niezwykłe jest to, że książka jest dla wszystkich: od wielbicieli pięknego języka i unikalnego sposobu narracji, przez miłośników sag rodzinnych rozpiętych na wielu pokoleniach, po poszukiwaczy sensacji i tropicieli smaczków, czytanych z wypiekami na twarzy.

Powieść opowiada o losach Calliope, dziewczynki urodzonej w Detroit w greckiej rodzinie emigrantów, która w wieku lat 14 okazuje się być chłopcem i taką też tożsamość wybiera, uciekając przed operacją, która miała sprawić, by jej atrybuty żeńskie, stały się jeszcze bardziej kobiece. Calliope (to grecka muza poezji), poprzez własny, dramatyczny wybór staje się Calem, który jako narrator opowiada nam historię swojej rodziny.

Wędrujemy więc do Grecji i roku 1922, gdzie dziadkowie Cala uciekają ze swojej rodzinnej wioski przed nadciągającymi tureckimi hordami. Dotrą do Smyrny, którą cudem opuszczą na okręcie, zostawiając za sobą jeden z największych pożarów nowożytności i pogrom greckich i ormiańskich chrześcijan.

To tutaj, w miłosnej szalupie Leftiego i  Desdemony zaczyna się historia pewnego zmutowanego genu.
Kochankom zdaje się, że mgła gęsta jak mleko, przesłoni ich wielką tajemnicę.
Tajemnicy tej nie da się przesłonić ale przez niezwykły kunszt Eugenidesa oswajamy się powoli  i otwieramy serce na losy tej kazirodczej miłości. Czujemy jak naturalne mogą stać się wybory, kierowane prawdą serca…a może to nie są wybory…może to los…przed którym nic nas nie ochroni.

Powoli oswajamy się i miękniemy w obliczu inności głównego bohatera. Stajemy się nim, tak jak on staje się wszystkimi postaciami tej wspaniałej powieści bo Eugenides to absolutny MISTRZ narracji, którą prowadzi w wielu wątkach, jak wszystkowiedzący Obserwator, rozumiejący i kochający Człowieka.

My, Grecy, pobieramy się w kręgach, aby tym silniej wyrazić podstawowe prawdy małżeńskie, mówiące, że aaby być szczęśliwym, trzeba odnaleźć różnorodność w powtarzaniu, a aby pójść do przodu, należy wrócić do początku.”

„Tymczasem Miltona dręczyło dziwne pragnienie rodziców, a zwłaszcza ojców, aby ich dzieci przeszły przez te same cierpienia co oni.
– Przydałaby ci się służba wojskowa – powiedział”

 „ Sokrates: – Zdaje się, że istnieją dwie przyczyny upadku sztuki.
Adeimantus: – jakież to?
Sokrates – Bogactwo, powiadam, i ubóstwo”

 „Ale ostatecznie nie zależało to ode mnie. Wielkie sprawy nigdy nie zależą od nas. Takie jak narodziny i śmierć. I miłość.
I to, co miłość przekazuje nam w spadku jeszcze przed naszym narodzeniem.”

IMG_1888rysunek Marty Mai Gierczyńskiej z naszego Pierwszego zeszytu z przepisami (następny w przygotowaniu)

 I cóżby tu zaproponować na grecki obiad?
Może WEGAŃSKĄ MUSAKĘ?

1 szklanka brązowej soczewicy
1.5 szklanki wody
2 średnie bakłażany, pokrojone na plastry ok. 1.5 cm
sól
olej do smażenia
3 średnie ziemniaki, pokrojone w plastry ok. 7mm
3 łyżki koncentratu pomidorowego
puszka pomidorów z wodą
2 łyżeczki sosu chilli
2 łyżeczki sosu Worcester
1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego
1/2 łyżeczki zmielonej gałki muszkatołowej
1 łyżeczka Marmite, do kupienia u nas w sklepach z kuchniami świata
1/2 szklanki wywaru z jarzyn, może być z kostki lub po prostu woda
2 łyżeczki soli
1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzy
natka pietruszki do posypania

Gotujemy przepłukaną soczewicę ok. 20 min.
Solimy bakłażana i odstawiamy na 20 min, po czym odsączamy zebraną wodę. Smażymy krótko na patelni z olejem, odsączamy na papierowym ręczniku. Tak naprawdę to zawsze najpracochłonniejszy krok przy daniach z bakłażanem, który lubi opić się tłuszczu, za czym my z kolei nie przepadamy.
Blanszujemy ziemniaki, na koniec przelewając zimną wodą na sicie. Muszą pozostać półtwarde.
Soczewicę i wszystkie przyprawy wraz z pomidorami, Marmite, sosami i wodą miksujemy w blenderze ale nie na kompletną papkę. Mikstura powinna być grudkowata i płynna, jak sos.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 C.
w żaroodpornym naczyniu układamy warstwę bakłażana, połowę sosu, warstwę ziemniaków, znów bakłażany i na końcu pozostały sos.
W wersji wege to wszystko przed zapieczeniem (możemy ułożyć wege ser dobrze znoszący obróbkę cieplną.
Pieczemy 45 min i posypujemy na końcu natką.

W wersji wegeteriańskiej robimy jeszcze sos, podobny do tego do lasagni.

Sos
4 łyżki masła
4 łyżki mąki
1.5 szklanki mleka
1 łyżeczka soli
2 rozdzielone jajka
pół szklanki utartego sera
Rozpuszczamy masło w rondelku, dodajemy mąkę, mieszamy do uzyskania gładkiej masy, powoli dodajemy mleko, ciągle mieszając. Dobre do tego są małe trzepaczki.
Zdejmujemy z ognia i dodajemy powolutku żółtka. Białka ubijamy i dodajemy do sosu wraz z utartym serem.
Polewamy musakę i tak zapiekamy.

Przepis pochodzi z nowozelandzkiej książki Rowan Bishop i Sue Carruthers

SMACZNEGO!

 

Włoskie klimaty lat 50-tych i TAK dla pokojowego strajku.

Tęsknota z słońcem przejawia się nie tylko w kolorach potraw, które teraz gotujemy.

screen-shot-2017-03-05-at-14-49-35
miska obfitości – na quinoa pokrojone w kostkę papryki, kiełki fasolki mung, rzodkiewki, awokado, przesmażony jarmuż (na jednej patelni z jajkiem), jajko sadzone

Również w doborze książek.
Tym razem sięgnęłam po następną ,nieznaną mi dotąd autorkę,  z listy najlepszych książek XXI w ogłoszoną przez BBC. Rekomendacja wspaniała, choć jak się okazało książka ze słońcem niewiele wspólnego miała.

Elena Ferrante to postać tajemnicza. Nie wiadomo czy jest pisarką czy pisarzem – dotąd nie ujawniła swojej tożsamości, mimo rozlicznych nagród, które otrzymuje. To zjawisko samo przez się budzi refleksje – a gdyby być tak utalentowaną i docenianą, czy stać byłoby mnie na taką niezależność, na wolność od tych wszystkich pokus, które niesie sława? Bycie rozpoznawalnym, ambicja, potrzeba zostawienia śladu, swojej pieczęci na tym świecie to takie ludzkie i charakterystyczne przynajmniej dla europejskiej i amerykańskiej kultury.
Ale jak zwykle odbiegam od tematu:)

Przeczytałam pierwsza część tzw trylogii neapolitańskiej Ferrante i muszę przyznać, że rozczarowała mnie. Może za dużo oczekiwałam po takich referencjach, może zaufałam czyjejś opinii, że Ferrante to jedyna pisarka czy pisarz włoski, który zaistniał w światowej świadomości. A co z ubóstwianym przeze mnie Italo Calvino i drugiem asem włoskiej literatury – Alessandro Baricco?

screen-shot-2017-03-05-at-13-24-54

Alfred Eisenstaedt

screen-shot-2017-03-05-at-13-09-51

„Genialną przyjaciółkę” przeczytałam z zapartym tchem bo dobrze się to czyta. To pierwszy z czterech tomów tzw trylogii neapolitańskiej. Nie wiem jak dalej potoczą się losy Eleny, narratorki powieści, pewnie dopiero w całości będę mogła docenić to dzieło. Miejmy nadzieję. Na razie jednak tęskno mi trochę do tych powieści, perełek, gdzie na 300 stronach autor przekazywał wszystko, co chciał. Epopeja neapolitańska ma ponad 2000…
„Genialna przyjaciółka” to studium przyjaźni dwóch dziewczynek, którym towarzyszymy od wczesnego dzieciństwa do momentu, aż stają się młodymi kobietami. Przyjaźni gęstej i ciężkiej od skrajnych emocji. To wspaniałe portrety kobiet na tle lat 50-tych w biednej dzielnicy Neapolu, gdzie echa wojny w postawach ludzi z tego samego podwórka są cały czas wyraźnie słyszalne. Powieść to wnikliwa znajomość psychiki dorastających dziewcząt, nieuświadomionych zazdrości, bardziej świadomej rywalizacji, katorga porównywania siebie do innych i niepewność albo przypadkowość pierwszych wyborów.
I największe obawy, wspaniale opisane przez Ferrante: jestem gorsza, oraz podszyta zakazanym uczuciem odrazy, obawa  – oby tylko nie być podobną do matki.
Wszystko to , tak znakomicie oddane w powieści wskazywałaby raczej na to, że Ferrante jest kobietą.

img_7731
ilustracja Maurice’a Sendak do książki Ruth Krauss „Open house for butterflies”

Choć to w sumie nie ma znaczenia, chłopcy muszą przejść podobną drogę odrzucając własnego ojca aby stać się mężczyznami i do ojca powrócić.
To uczucie negacji, odwrócenia się, nieraz nienawiści jest drogą do wyłonienia się odrębnej naszej osoby. Po to, aby w procesie dojrzewania (i nie chodzi tu o burzliwy wiek nastoletni) powrócić do matki i ojca (czasem już dawno nieżyjących) i rozpoznać ich w sobie.
Wtedy przychodzi cud – lekko i nisko pochylamy głowę w akcie wdzięczności za to co dla nas zrobili najważniejszego, za Życie.

I jeszcze jedna, najważniejsza kwestia – jutro 8 marca, dzień kobiet i Międzynarodowy Strajk Kobiet. Ja będę z Maciejem w Poznaniu, na Placu Wolności.
Staniemy spokojnie przeciwko przemocy, której doświadczyłam jako kobieta  na różnych etapach swojego życia ale również przeciwko przemocy w stosunku do wszystkich istot.

Screen Shot 2017-03-07 at 16.40.28

I tak zataczam koło powracając do książki. Bo obok dwóch głównych bohaterek i Neapolu lat 50-tych, jest jeszcze jedna bohaterka – przemoc. Czy tak wiele się zmieniło?
Co możemy zrobić aby zmieniać świat?

 

Bardzo dziwna książka i łyk zdrowia po niej

Po świętach ogarnęło mnie czytelnicze szaleństwo. W ciągu jednego dnia przeczytałam „Noc ognia” – Erica Emanuella Schmitt’a, w ciągu następnych „Uprawę roślin południowych metodą Miczurina” – Weroniki Murek a dziś zamknęłam „Drogę” – Cormac’a McCarthy’ego.

„Droga” poruszyła mnie bardzo, ale nie ona jest tytułową dziwną książką.
Jest nią nagradzany w Polsce debiut młodej Weroniki Murek – zbiór opowiadań, które przekraczają granice snu-jawy, żywego-martwego oraz niczym nieograniczonej fantazji, która buzuje na kartkach książki i zagarnia czytelnika. Trzeba się skoncentrować aby nie przepaść w tej krainie. Czasem miałam wrażenie, że to sztuka dla sztuki i nie dziwiłam się, że książkę poleciła mi koleżanka artystka. Widziałam bowiem przed oczyma poszczególne sceny jak zmieniające się obrazy, skończone w swoim pięknie, surrealistyczne.
Od samego początku, od okładki, która wprowadza tajemnicęi dezorientację, wchodzimy w mroczny świat, który, i to jest największym żródłem niepokoju, znamy skądś dobrze. Zapyziałe miasteczko, przedszkole jak z sennych powidoków, gdzie naświetlane są dzieci, przeciwko krzywicy – jeszcze to pamiętam. Autorka zachwyca  kreowaniem atmosfery z pogranicza światów i historii. Wszystko bardzo dojrzałe i dotykające tematów, które przypisuje się innemu wiekowi – śmierć, odchodzenie, samotność.

screen-shot-2017-01-01-at-19-32-16

Czasy się mieszają, plany się mieszają, narracje i w końcu my sami coraz bardziej pomieszani.
W pierwszym opowiadaniu spotykamy dziewczynę, która jest już martwa ale jeszcze o tym nie wie, tuła się zatem po śladach swojego życia i szuka dowodu, że to pomyłka, że nie ją chowają za chwilę. ” O tym, że nie żyje, dowiedziała się jako ostatnia. Czasami tak bywa. ” To pierwsze zdanie książki.

„No – powiedział mężczyzna znad szachownicy – to na co pani zmarła?
– Może pani mówić – odezwał się ten w czerwonych chodakach – Tutaj sami swoi.
– A tak sobie, po prostu powiedziała Maria – Mogłam, to umarłam.
– Tak sobie, po prostu – powtorzył tamten i zabębnił palcami w stół, rozglądając się dookołą.
Wszyscy pospuszczali wzrok.
– Osobiście jestem człowiekiem rozumu – powiedział – i nie przekonuje mnie śmierć tak po prostu.
– Dlaczego? – spytała kobieta z aksamitką – Ja też się kiedyś zabiłam. Nie ma się czego wstydzić. Każdy z nas ma inne potrzeby. Niektórzy odchodzą w samotności, tak lubią. Jeśliby oceniać…
– Wcale nie oceniam – powiedział mężczyzna – po prostu nie mieści mi się w głowie. Ja osobiści żyłbym ile wlezie – umilkł, udał, że zbiera paluchem okruchy ze stołu.- Ostatecznie jednak człowiek jest wolny niestety.”

Maciej uważa, że w tych swoich opowiadaniach o książkach za dużo cytatów daję. Ale jeden cytat, zwłaszcza o takiej sile i zniewalającym pięknie, mówi więcej o książce niz setki słów. A i tak zawsze swoje trzy grosze wrzucę, choćby poprzez wybór książek, o których piszę.
„Uprawa roślin południowych…”wprowadza wręcz nastrój psychodeliczny, i trudno odpowiedzieć, czy mi się podobała. Na pewno zagarnęła, przeniosła w inny świat. Zachwycają mnie piękne metafory, czarny humor, dialogi. I na pewno będę z niecierpliwością czekać na następne dzieło. Mam nadzieję, że tym razem powieśc bo „Uprawa…” zostawia duży niedosyt, jest urwana jakby w pół słowa i to jest dla mnie jej mankamentem. Choć może w tym również leży jej siła…nie wiem, i trudno mi nawet rozpoznać wszystkie uczucia, które książka we mnie wzbudziła.

A tytułowym łykiem zdrowia jest mój zimowy szlagier, uzależniacz. Prosty jak cep (aby odwołać się do wiejskich klimatów książki:) a zdrowy niesłychanie.

img_7299

Na 1/2 szklanki przegotowanej ciepłej wody dodaj

  • sok z jednej pomarańczy
  • 2 łyżeczki octu jabłkowego
  • 2 łyżeczki mioduOcet jabłkowy najlepiej zrobić samemu, wiadomo, ale jeśli nie mamy cierpliwości warto kupić go w sklepie ze zdrową żywnością. Nasze kochane jabłka to niestety jedne z bardziej pryskanych owoców a napój ten jest pysznym lekiem na całe zło:)
    Przepisów na ocet jest w internecie mnóstwo, podobnie jak informacji czego jest skarbnicą i dlaczego warto go pić.  Tutaj podaję ten, który robi Pani Iwonka i który używamy do bardzo wielu potraw w lipowym domu – od winegretu, przez zupy, pasty do napojów właśnie.

    Wyparzony słoik skórek z jabłek, najlepiej 3 rodzajów i oczywiście ekologicznych, zalewamy ciepłą przegotowaną wodą z miodem i cukrem. Na litr wody dodajemy 1 łyżkę miodu i 1 łyżkę cukru.
    Skórki nie powinny unosić się nad powierzchnię płynu, można docisnąć je wyparzonym talerzykiem albo mniejszym słoiczkiem.
    Przykrywamy gazą i odstawiamy w miejsce, gdzie będziemy mogli początkowo mieszać ocet codziennie. O temperaturze w jakiej powinien stać ocet są rozbieżne zdania. Pani Iwonka trzyma go w temperaturze ok 20 st. Ważne, aby utrzymane były sterylne warunki – gdy mieszamy ocet nie oblizujemy łyżeczki:). Jabłka zaczynają pracować i podniosą się trochę, przykrycie musi zabezpieczać przed muszkami.
    Pierwsza fermentacja gotowa jest po ok. 4 tygodniach. Jeśli chcemy uzyskać ocet mocniejszy filtrujemy płyn, dokarmiamy miodem i cukrem i pozostawiamy do powtórnej fermentacji.
    Po tym czasie zlewamy do butelek.

    Na zdarowie!

 

Kiedy kończy się rodzina?

screen-shot-2016-10-28-at-23-51-25

Z takim pytaniem wyszłam z kina po „Ostatniej rodzinie” Jana P.Matuszyńskiego.
Filmem o rodzinie Beksińskich jestem poruszona do głębi nie tylko ze względu na prawdziwe i tragiczne losy bohaterów, bo te znałam wcześniej.
Dzieła Beksińskiego poruszały we mnie zawsze strunę, której dźwięku wolałabym nie słyszeć ale czy przez to dźwięk ten nie istnieje? Ciekawe, bo wrażenie dźwięczności (albo niemego krzyku) obrazów Beksińskiego, spotęgowane jest w filmie po mistrzowsku dobraną muzyką.
Muzyka jest też przede wszystkim żywiołem Tomka Beksińskiego, którego audycje pamiętam jeszcze z radiowej Trójki.

Obszary, których nie chcemy zobaczyć, a nawet jeśli wpełzają na krawędź świadomości, spychamy je jak najszybciej – inność, życie jako umieranie, rozkład, śmierć, samotność.
A z drugiej strony bliskość w rodzinie, potrzeba relacji, autentyczność i zniewalające, skomplikowane ciepło bijące od Beksińskich. Miłość. Znajduję ją nawet w słowach ojca, który prosi lekarza aby nie ratować syna po nieudanej próbie samobójczej  (bo znów będzie tak cierpiał żyjąc) oraz w ostatecznym- „gratuluję, w końcu ci się udało”, nad martwym już ciałem syna.

screen-shot-2016-10-29-at-00-03-37

Film jest wspaniały we wszystkich aspektach – zachwyciła mnie reżyseria, zdjęcia, dialogi, gra aktorów, kadrowanie, światło, oszczędność formy, kostiumy…niedokończona jakby kreska, niejednoznaczność relacji i „grubość i kruchość” jednocześnie.
Uszanowanie innego, nie ocenianie, powstrzymanie się.

A moje subiektywne, jak wszystko tutaj, pytanie na wstępie?
Kiedyś rodzina jawiła mi się długą historią. Teraz coraz częściej nie znamy imion swoich pradziadków a czasem i dziadków. Rozchodzimy się i rozwodzimy, Wszystkich Świętych staje się Halloweenem, chociażby dlatego, że dzieci „nie wyrabiają” się z zadowoleniem wszystkich stron podczas wszystkich świąt więc i czas rodzinny się skraca.

Gubi się ciągłość.
We wszystkim.
Oprócz
Życia

 

Dziadek powraca za sprawą „Korekt” Jonathana Franzena

Jedne z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa to chwile, kiedy wchodziłam do gabinetu mojego dziadka, Mariana Paluszkiewicza, w Poznaniu na ul.Miłej.

IMG_0787.JPG
Gabinet był najpierw na piętrze willi, w której mieszkali dziadkowie, potem, chyba po feralnym upadku dziadka z czereśni, powędrował wraz ze swoim gospodarzem na parter. Dziadek nigdy już nie odzyskał pełni sił.
W moim wspomnieniu widzę pokój , którego cztery ściany zabudowane są od sufitu po podłogę półkami. Na tych półkach piętrzą się książki.
Ich grzbiety niczym nie przypominają dzisiejszych – są stonowane, często skórzane z wygrawerowanym na złoto tytułem i autorem. Część z nich jest oprawiona w płótno, część starannie obłożona w szary pergamin. Na pergaminie pięknym pismem dziadka – autor i tytuł.

img_6943img_6942

książka z biblioteki dziadka. wpis na pierwszej stronie mówi: ten egzemplarz Krzyżaków Sienkiewicza nabyłem w październiku 1939 r, gdy w Poznaniu pod okupacją hitlerowską zaczął się srożyć ucisk polskości. Byłem wówczas w księgarni Tetzlaffa przy Placu Wolności i proszono mnie, abym nabył jeden z ostatnich egzemplarzy Krzyżaków, które wyłapywała i niszczyła policja niemiecka.
Egzemparz ten schowałem w listop. 39r na strychu naszego domku przy ul. Miłej 18a, gdzie szczęśliwie przetrwał do naszego powrotu na wiosnę 1945r.

Aby wziąć książkę do ręki najpierw sięga się po flanelową suchą szmatkę, która była kiedyś miękką koszulą. Szmatka wisi na przyszytej przez dziadka haftce, zawsze w tym samym miejscu. Dziadek bierze szmatkę, potem książkę i przeciera jej wierzch.
Pyta czy myłam ręce.
Siadam w jego starym fotelu, który kiedyś odziedziczę i zaczynam czytać.
Fotel, lampa, książka i ja. Nic więcej się nie liczy, nic więcej nie istnieje.
Nie wiem, kiedy robi się wieczór, ze świata powieści, bardziej realnego niż ten za oknem, wyrywa mnie babcia wołając na kolację. Czy będzie dziś mój ulubiony omlet francuski z waniliowym serkiem? Nie wiem. Nawet dla omleta ciężko pożegnać ten zaczarowany świat, wyjść z kręgu światła rzucanego przez zieloną lampę.

Tego świata już nie ma, nie ma ekslibrysów, katalogowania swoich książek, szelestu kruchego papieru najwyższej jakości. Wydaje się też, że nie ma tych wspaniałych powieści, pisanych z rozmachem, z wiedzą historyczną i wnikliwą psychologiczną głębią. A może nie? Może tylko tak się nam wydaję?
To u dziadka na fotelu czytałam sagę rodziny Buddenbrooków i teraz wróciłam do tych chwil za sprawą innej książki. Tą książka są Korekty Jonathana Franzena.
Obydwie powieści dzieli 100 lat i ocean a łączy historia upadku rodziny, co Buddenbrookowie mają przecież w tytule.

screen-shot-2016-10-04-at-18-15-05

„Korekty „przypomniały mi Buddenbrooków z racji rozmachu z jakim są napisane oraz z racji melancholii i smutku, który zawsze towarzyszy schyłkowi. Opisana rodzina Lambertów jest właśnie u kresu – nieszczęśliwe, stare małżeństwo i trójka dzieci, które dawno już wyszły z domu i mają do niego przyjechać na „ostatnie święta”.
Podobnie jak u Manna dekadencką atmosferę powieści podkreśla ironia i czarny wręcz humor. To współczesna tragikomedia i farsa na społeczeństwo amerykańskie.
Nie brak w niej również proroczych wglądów (powieść została wydana dzień przed zamachem na WTC).
Przeczytałam ją jednym tchem bo choć mówi o amerykańskiej rodzinie po tych kilkunastu latach od jej wydania, jest bardzo aktualna również dla nas. Wiadomo, wszystko przychodzi z Ameryki:) więc zachowania i kody kalekiej (a może po prostu takiej jaka jest) komunikacji miedzy najbliższymi sobie ludźmi są łatwo rozpoznawalne.
Do Buddenbrooków chciałam ostatnio wrócić – nie dałam rady. Ale w powieści Franzena odnajduję jeszcze inne tropy. To mój ukochany kiedyś Kurt Vonnegut i jego zabójczy (nie zawsze śmiechem) pazur.
„Korekty”  to lektura gorzka ale polecam, sama zachęcona odnalezieniem tej pozycji w kanonie literatury XXI wieku ogłoszonej przez BBC.
Czas otrzepać się z pajęczyn i odłożyć XX wiecznych mistrzów – są nowi, którzy, mam nadzieję, pomogą zrozumieć ten dziwny świat.

screen-shot-2016-10-04-at-18-15-36

“ Och, mizantropia i gorycz. Gary chciał cieszyć się tym, że miał bogactwo i wolny czas, ale Ameryka czyniła to niełatwym zadaniem. Wokół niego miliony nowo wyhodowanych, zaangażowanych milionerów uporczywie brały udział w pościgu za poczuciem niezwykłości – za nabyciem idealnej posiadłości wiktoriańskiej, za rozdziewiczeniem nietkniętego stoku narciarskiego, za zaprzyjaźnieniem się z jakimś znanym szefem kuchni, za zlokalizowaniem plaży, której nie dotknęła ludzka stopa.
Oprócz tego były jeszcze dziesiątki milionów młodych Amerykanów, którzy nie mieli pieniędzy, ale i tak gonili za Superżyciem. Tymczasem smutna prawda była taka, że nie każdy mógł być niezwykły, nie każdy mógł być Supergościem, bo kto wówczas pozostałby zwyczajnym człowiekiem? Kto odwaliłby niedocenioną robotę bycia stosunkowo niesuper?”
do tego pięknego opisu po tych kilkunastu latach można by dodać jeszcze pzyjaźń ze znanym fryzjerem i trenerem osobistym:)

i takie perełki

“ brak chęci wydawania pieniędzy uznaje się za objaw choroby wymagającej kosztownego leczenie”

“rozglądała się dookoła i widziała dwustu dobrych ludzi i ani jednego niedobrego. Wszyscy jej znajomi byli porządni i mieli porządnych znajomych, a ponieważ porządni ludzie zwykle miewają porządne dzieci, świat Enid przypominał trawnik tak gęsto obsiany trawą, że chwasty nie miały tam żadnych szans. Prawdziwy cud porządności.

“ całe życie Gary’ego było zaplanowane jako korekta, jak poprawianie życia ojca…dlatego Gary nie miał wyboru i musiał walczyć, zagryzać nieustannie zęby i robić, co w jego mocy, żeby cieszyć się życiem…”

“Niemożność jest atrakcyjna.”

“To, co człowiek w sobie odkrywa w związku z wychowywaniem dzieci, nie zawsze jest miłe i atrakcyjne”.

“Wszyscy jesteśmy tak stworzeni, że myślimy, że nasze dzieci sa od nas ważniejsze, rozumiesz, i przez nie spełniamy się w życiu.”

“Chipa uderzyły ogromne podobieństwa między czarnym rynkiem na Litwie i wolnym rynkiem w Ameryce. W obu krajach wszystkie bogactwa były w rękach nielicznych posiadaczy; zanikły wszystkie istotne różnice między sektorem prywatnym a publicznym; potentaci handlowi żyli w nieustannym strachu, który zmuszał ich do bezlitosnego powiększania imperiów; zwykli ludzie żyli w nieustannym strachu, że zostaną zwolnieni, i wiecznej konfuzji co do tego, który prywatny fundusz może nagle wykupić na własność  publiczną do tej pory instytucję; ekonomię w ogromnej większości napędzały elity i ich nienasycone pragnienie luksusu…Główna różnica między Litwą a Ameryką zdaniem Chipa polegała na tym, że w Ameryce kilku bogaczy niewoliło tłumy biedniejszych od siebie za pomocą ogłupiających i zabijających sumienie rozrywek, gadżetów i leków, podczas gdy na Litwie kilku wpływowych ludzi gnębiło resztę obywateli za pomocą siły i przemocy”.

Z dziadkiem „Korekty” mają jeszcze inne powinowactwo – dziadek był pedagogiem, godzinami pochylonym nad pracami swoich uczniów oraz nad swoimi własnymi i drobnym, pochyłym pismem nanosił na marginesach korekty. Takim go pamiętam.

 

Mus z awokado i piękna książka

Screen Shot 2016-05-01 at 21.16.13

Rzadko kiedy tak emocjonalnie wiążę się z bohaterami, czuję się świadkiem, obserwatorem, który chciałby dostać się do środka opowieści i szeptać, pomagać, przekazywać wiadomości – przecież przez 200 stron tej niezwykłej historii bohaterowie nie maja ze sobą żadnego kontaktu. A przecież nic zrobić nie można… ich los prowadzi nieuchronnie, tak jak rzeka, po której płynie główny bohater, do ujścia, którego najmniej się spodziewają i oni i my.
Piszę o książce Petera Carey’a “Oskar i Lucynda”. Wzruszyła mnie do głębi, choć nie połknęłam jej w jedną noc (zakładając że 600 stron nie jest przeszkodą). To powieść w którą zanurzamy się i w której akcja jest pochodną atmosfery. Zresztą sam Carey wyznał, że pisząc książkę nie miał w głowie historii miłosnej i sam był zaskoczony jak się wyłoniła i stała się głównym źródłem emocji.
Rzecz dzieje się w XIX wiecznej Australii i Anglii a bohaterami jest dwoje ekscentryków – duchowny hazardzista i młoda panienka, łamiąca wszelkie standardy ówczesnej roli kobiety. Zresztą i teraz byliby nietuzinkowi – rudowłosi outsiderzy, niełatwi, zdawałoby się nieudolni i nieprzystosowani.
Tych dwoje wsiada razem na statek w Anglii a my śledzimy ich losy już wcześniej.
Oscar opuszcza ojca, badacza fauny nadbrzeżnej, buntując się przeciwko ascetycznemu wychowaniu i postanawia zostać anglikańskim pastorem.
Łzy spływały mi po policzkach przy scenie z kawałkiem bożonarodzeniowego puddingu.
Potem studiuje na Oxfordzie, gdzie jego bieda i ekscentryczność zyskują mu miano dziwoląga. Zaprzyjaźnia się jednak z barwnym hulaką i dzięki niemu trafia na tory wyścigowe. To też scena wręcz filmowa, gęsta jak wilgoć i para ze spoconych końskich grzbietów. Dalej mamy wszelkiego rodzaju gry hazardowe, którym pastor poddaje się widząc je jako zesłane wręcz od boga. Pieniądze w ten sposób zdobyte mają pomóc w studiach teologicznych. Ale stanowią też przewrotną licytację, zakład z bogiem przy jednoczesnym poczuciu niewinności. Oscar jest dla mnie jedną z najbardziej skomplikowanych i niezrozumiałych postaci w literaturze.

cała nasza wiara, panno Leplastrier, jest rodzajem zakładów. Wszyscy stawiamy na coś – wyłożył to mądrze Pascal…Stawiamy mianowicie na to, że istnieje Bóg. Stawką jest nasze życie. Szacujemy zyski i straty i liczymy, że znajdziemy się wraz ze świętymi w raju. Nad ranem budzimy się zlani potem niepewni owej wygranej. W pełni zimy wyskakujemy z łóżek i padamy na kolana. A Bóg nas widzi, ogląda nasze cierpienia. I jakże ów Bóg – Bóg, który widzi nas klęczących na zimnej posadzce…
nie mogę pojąćciągnął Oskar – dlaczego Bóg, który tak stanowczo wymaga od nas, ludzi, byśmy wdali się w tę hazardową grę o nasze dusze, byśmy się tą grą zajmowali w każdej sekundzie życia…tak, to prawda! Musimy stawiać wszystko na kartę Jego niedającego się udowodnić istnienia.”
Inaczej postrzegają to jego zwierzchnicy, zostaje wiec wysłany do Australii aby tam nieść światło wiary. Jedna z dramatyczniejszych scen to ta, kiedy widzi go po raz pierwszy Lucynda – pakowanego w klatce dźwigiem jak zwierze na pokład statku. Oskar bowiem ma lęk przed wodą tak wielki ze staje się on jego fobią.
Lucynda wraca natomiast z Anglii do Australii po nieudanej próbie znalezienia sobie męża na starym kontynencie. Jest już sierotą, dziedziczką fortuny która pozwoliła jej kupić hutę szkła w Sydney. Ona też jest nieprzewidywalna i bezkompromisowa. Igra z losem, stawiając w grach karcianych swoją fortunę, aż do momentu kiedy postawi wszystko na jedną kartę.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.04.45

Cate Blanchett i Ralph Finnes w filmie z 1997

Losy ich splatają się w tym momencie i meandrują tajemniczymi zakolami, prowadzącymi przez rozmaite krajobrazy: od wybrzeża Anglii, przez doki w Sydney i australijski busz.
Jest to jedna z najbardziej poruszających historii miłosnych jakie kiedykolwiek czytałam. Książka coraz głębsza im dłużej myślę o niej po zakończeniu lektury – wszechobecna woda, która we wszystkich archetypowych wyobrażeniach mówi o naszych emocjach, uwarunkowania bohaterów: Oscar osierocony przez matkę, z zamrożonymi uczuciami do ojca, Lucynda osierocona przez ojca, z silną matką, która wychowywała ją samotnie.  Uwarunkowania, które mimo wręcz rewolucyjnych charakterów, wracają echem uniemożliwiając bohaterom prostą komunikację. Miłosne powinowactwo dusz, surrealistyczny zakład i jego realizacja,  przedzieranie się przez busz i brutalne wyżynanie tubylców…pod koniec książki powietrze jest gęste i lepkie a atmosfera coraz bardziej wariacka. Ach, można byłoby głębiej zanurzać się do tej studni:)

Dla równowagi skomplikowanej historii Oskara i Lucyndy, najprostsze na świecie śniadanie na 2 osoby.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.18.00

1 awokado
1/4 świeżego ananasa
garść świeżego szpinaku
1 mały ogórek gruntowy
1/2 cm obranego korzenia imbiru
łyżka oleju lnianego
1/2 szklanka wody

Wszystkie składniki blendujemy i podajemy w miseczkach.
Awokado dobry jest na miłość, ogórek to świeżość, szpinak moc, ananas słodycz a imbir szczypta pikanterii. Olej zaś dobry jest na wszystko.