Archiwum kategorii: życie na wsi

Dlaczego?

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,21441428,cztery-hektary-lasu-pod-ochrona-wyciete-w-lebie-w-dwa-dni.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,21446256,wiewiorka-lezy-w-pniu-scietego-drzewa-to-zdjecie-wlasnie-staje.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

http://wyborcza.pl/7,75400,21441071,90-proc-poteznych-bialowieskich-debow-juz-wyrzneliscie-zostawcie.html

https://www.facebook.com/fundacjadzikapolska/?hc_ref=NEWSFEED

http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/wycinka-drzew-prawo-szyszki,30,0,2272542.html

 

screen-shot-2017-03-04-at-13-50-50

Rozgryziony przypadkiem goździk i wycinka drzew dawno temu

Od dwóch dni jestem zaziębiona. Nic wielkiego, nic strasznego ale uprzykrza życie. Leje się z nosa, leje się z oczu, wyjść nie można a za oknem słońce, którego już tak spragnieni jesteśmy. Nawet w opcji z wiatrem, nawet pod pachę z zimnem – Słońce, Słońce kocham ciebie.

img_7649

Dzisiaj Maciej aby mnie trochę pocieszyć zrobił na śniadanie ryż z prażonymi jabłuszkami, cynamonem i goździkami. Wspaniałe danie, wspomnienie dzieciństwa, proste, szybkie i tanie. I gdy go jadłam ze smakiem, rozgryzłam goździka (no przecież, włąśnie je dodajemy do jabłuszek, a z gwoździ robimy zupę:). Poczułam piekący, aromatyczny smak, którego z niczym pomylić nie sposób. I przypomniałam sobie wszystkie dobrodziejstwa, które niesie ze sobą taki goździk. Oprócz tych smakowych.

W tym malutkim, nierozwiniętym pączku kwiatowym, który jest zbierany gdy się tylko zaróżowi siedzi eugenol – czarodziej, który zmniejsza stany zapalne i hamuje ekspansję drożdży. Jest wspaniałym remedium na ból zęba – przypomniał mi się mój kuzyn cierpiący na zapalenia dziąseł i słabe zęby, który często chodził z opatrunkiem z goździków.
Goździki znane są ze swoich właściwości antybakteryjnych i antyseptycznych.
Goździki odświeżają też znakomicie jamę ustną – były żute już w starożytnych Chinach, przed audiencją u cesarza, żeby władcy nie powalić nieprzyjemnym zapachem z gęby. Może warto zastąpić nimi napakowane chemią gumy do żucia?
Znali je też Rzymianie a pierwsze ślady używania goździków pochodzą z 1700 roku p. n.e.

screen-shot-2017-03-04-at-12-30-44

Ta przyprawa, jak większość, pochodzi z Indonezji a konkretnie z Moluków (Wysp Korzennych) i była, podobnie jak gałka muszkatołowa cenniejsza niż złoto.
Kiedy w 1522 jedyny z pięciu statek Magellana powróciły (bez niego) z fatalnej wyprawy dookoła ziemi, był wyładowany właśnie goździkami i gałką. Goździków było 26 ton i sprzedano je za równowartość prawie 1 mln dolarów!
W 1605 na Moluki dotarli Holendrzy i zapragnęli zmonopolizować rynek goździków.
Wycięli wszystkie drzewa, które rosły poza strefą ich kontroli co przyczyniło się do… powstania na Molukach. Goździkowiec jest bowiem drzewem, które tradycyjnie sadzone jest po urodzeniu dziecka i jak tradycja karze, jego życie jest powiązane z życiem dziecka. Można sobie wyobrazić nienawiść do tych którzy przybyli i zaburzyli ten zwyczaj.

No cóż, wycinanie drzew, próba monopolizacji, zachwianie ekosystemu, zachłanność i brak poszanowania dla tradycji i dla drugiego człowieka…prowadzące do powstania. Może to wcale nie taka odległa historia?

http://indahnesia.com/indonesia/MALHIS/history_of_maluku.php
http://www.indepthinfo.com/cloves/health.shtml

Luty

screen-shot-2017-02-12-at-18-08-24

To piękne zdjęcie Agnieszki Domańskiej, przypomniało mi o wierszu, który napisałam dawno temu, w czasach jeszcze przedlipowskich.
Taki dzień…

LUTY

Rude czupryny ogławianych wierzb,
nitka wody w zaoranej bruździe –
zimowy miedzioryt.

Złuszczony tynk lutowego krajobrazu
przytrzymywany czernią gawronów –
głęboki ślad dłuta.

Nieskończoność szarobrązów
zamienia przestrzeń w niebopole –
skulony człowiek rzeźbi granicę.

Rytm jego kroków wyznaczają kałuże,
splątana płowość traw poddaje się wiatrowi –
wszystko ma kształt kuziemny.

Nawet ja.

screen-shot-2017-02-12-at-18-21-33

I jeszcze jedno zdjęcie Agnieszki

 

WIOSNA – pascha, mazurki, żurek i nowe przednówkowe przepisy czyli drugi z cyklu warsztatów gotowania

screen-shot-2017-02-08-at-18-50-55

Wczesna wiosna nie jest najłatwiejszą Panią w kuchni – wszystko się budzi z zimowego snu ale daleko jeszcze do młodych warzyw lata i wybujałej dojrzałości owoców jesieni.

Na warsztacie obłaskawimy przednówek bo jest porą kreatywną, kiedy powstają nowe przepisy, nowe kompozycje, kiedy wszystko otwiera się na porzucenie starych nawyków. To najlepszy czas na odkurzenie garderoby i zrobienie porządków w kuchennych szafkach.
A może zrobić je według nowego klucza – co nam służy a co już przestało, z czym warto się pożegnać aby zrobić miejsce nowemu?

Na warsztacie zrobimy to, na co czekamy cały rok:
– upieczemy mazurki według starej receptury
– przygotujemy najlepszą paschę z kandyzowanym imbirem
– ugotujemy wegetariański żurek na własnym zakwasie
– wyczarujemy znakomity pasztet

Poza tym:
– wykiełkujemy różne nasiona, z których skomponujemy nowe, zaskakujące sałatki
– ugotujemy probiotyczne zupy i odżywcze dania główne, bardzo potrzebne na przednówku
– zrobicie własne tofu z ekologicznej soji
– kolorowe sajgonki
– znakomite sosy robione od podstaw
– pyszny chleb i nowe pasty

Nie będziemy pracować od świtu do nocy.

Co oprócz gotowania?
Przede wszystkim spacery i pachnące naturą powietrze. Bezcenne!
W domu jest kino i wspaniała kolekcja filmów oraz biblioteka, w której można wieczorami buszować do woli i z książką zasiąść przed kominkiem.
A poza tym chętnych zapraszam codziennie o 8.30 na medytacje.

Oprócz tego za dodatkową opłatą zapraszamy do skorzystania z aparatu Ionic detox oraz generatora plazmowego, wspomagającego leczenie wielu schorzeń.
Można też skorzystać
ze wspaniałego masażu Lomi Lomi Nui.

termin warsztatu 2 – 5 marzec (od czwartkowej kolacji do niedzielnego obiadu)

miejsce to lipowy dom
cena to 850zł

ZAPRASZAMY również na WIELKANOC 14 – 17 kwietnia, będzie pysznie
cena to 700zł

screen-shot-2017-02-08-at-16-36-59

A tak wyglądały grudniowe warsztaty

KONTAKT: lipowydom@poczta.pl lub tel 509685188

Zapraszam
Agnieszka Dziewolska z Lipowego domu

Zima – warsztaty gotowania za nami i …przed nami

img_7360Długo nie mogłam się zebrać aby opisać ten wesoły warsztat. Zaraz potem święta, nowy rok, nowe postanowienia, haha itd.
Był to pierwszy warsztat, który prowadziłam i muszę przyznać, że byłam po prostu zmęczona.
Podziwiam wszystkich, którzy biorą na siebie nauczanie, w jakiejkolwiek dziedzinie. Wielka odpowiedzialność i potrzeba uważności. Różne mam na ten temat przemyślenia, na razie jedno słowo mocno dźwięczy: pokora. I z całą pewnością wdzięczność i radość, że te 4 dni dały niektórym wytchnienie, inspiracje, nowe doświadczenia a przede wszystkim, co podkreślały wszystkie te cudowne kobiety – radość z bycia razem, z pracy razem, z budującego się poczucia przynależności. Bardzo poczułyśmy jak  brakuje przysłowiowego darcia pierza, kołowrotków ustawionych jeden przy drugim, jedynego w swoim rodzaju śmiechu kobiet, które opowiadają sobie o…hahaha.

img_7268img_7275

Wykonałyśmy z Paniami, których było 16,  cały plan. Zrobiłyśmy 15 kg ostrego kimchi, które pojechało w różne strony Polski, ugotowałyśmy trzy różne curry, zrobiłyśmy pyszne zupy i ciepłe dania na kolację, z których szlagierem był pęczak z warzywami korzeniowymi i śmietanką. Ale jarmuż na ciepło z granatami też poszedł:).
Podobały się pasty ze słonecznika, z marchewki i hummus, który można przyrządzać na setki sposobów.

img_7310img_7315

Czytając jeszcze raz zaproszenie, na które tak gromadnie odpowiedziałyście, myślę, że plan został wykonany w 100%. Włącznie z tym, że krem do tortu warzył się, tak jak napisałam w broszurce reklamującej warsztat :
Moje warsztaty do gotowania podejdą trochę filozoficznie, może pojawią się pytania:
– co lubię jako osoba,
– z czego czerpię radość,
– czy mogę dalej cierpliwie ucierać ten zważony krem, czy wyrzucić go w cholerę?
– po co ja to robię?
– dla kogo?
– czy może coś chcę zmienić?
Bo gotowanie może określać nasz stosunek do świata, siebie i innych a uwaga z jaką pochylamy się nad garnkiem rosołu, zatapiając w nim paloną na ogniu cebulę, wiele mówi o nas samych.”img_7338

img_7340

img_7341

Dziękuję Bardzo Iwonie Sikorze, która wykonała dla nas przepiękny koncert gongów i mis oraz zaprosiła każdą z nas na uzdrawiajacy masaż w tych cudownych dźwiękach.

Taki oto piękny list dostaliśmy od Wiki:

Droga Agnieszko, drogi Lipowy Domu:)
Od warsztatu minął prawie miesiąc, ale wspomnienie czasu, który spędziłam u Was, wciąż grzeje serducho.
Odebrana nauka też nie poszła w las! Na stole goszczą pierniczki z przyprawą wg Justyny, kokosanki i chlebek Joanny, w kącie pokoju cicho wzdychają słoiki ze świeżo nastawionym kimchi (uzależniłam się!), a na święta – choć z lekkim drżeniem nowicjuszki w dziedzinie kremów i biszkoptów – planuję tort makowy.
Dziękuję jeszcze raz za inspiracje i energię, które otrzymałam!

To ja dziękuję i szykuję już następne propozycje. Tym razem bedą mazurki i pascha!

 

 

Sobotnia przytulanka czyli gluten-free śliwkowy crumbe

14671337_1290721624334702_5111089666688289684_n

Sobotni wieczór – zrobione w pół godziny… no może trochę dłużej bo jeszcze trzeba posprzątać.
Bezglutenowy crumble śliwkowy:
1. Śliwki – ile jest:) – my mieliśmy 80 dag ale jeśli jest garść to będzie więcej ktuszonki, a przecież właśnie kruszonkę wszyscy wyjadamy sekretnie
2. Ok.100 gr masła
3. 6 łyżek ksylitolu
4. 6 łyżek mąki ryżowej
5. 6 łyżek płatków owsianych bezglutenowych
Śliwki bez pestek układamy w żaroodpornym naczyniu, z reszty składników w palcach ugniatamy kruszonkę, posypujemy śliwki i buch do rozgrzanego na 190 st piekarnika na 40 min. I potem buch do rozgrzanego brzucha!
Uch – jak gorąco!
Puff – jak gorąco!
Uff – jak gorąco!
…jak człowiek staje sie babcią albo dziadkiem, to tak właśnie się z nim dzieje:)
Bo od środy będzie u nas wnusia!

kinin_daria_v

tak wyglądała dawno dawno temu bo teraz to już dorosła panna:)

img_6518

rok pózniej

Dziadek powraca za sprawą „Korekt” Jonathana Franzena

Jedne z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa to chwile, kiedy wchodziłam do gabinetu mojego dziadka, Mariana Paluszkiewicza, w Poznaniu na ul.Miłej.

IMG_0787.JPG
Gabinet był najpierw na piętrze willi, w której mieszkali dziadkowie, potem, chyba po feralnym upadku dziadka z czereśni, powędrował wraz ze swoim gospodarzem na parter. Dziadek nigdy już nie odzyskał pełni sił.
W moim wspomnieniu widzę pokój , którego cztery ściany zabudowane są od sufitu po podłogę półkami. Na tych półkach piętrzą się książki.
Ich grzbiety niczym nie przypominają dzisiejszych – są stonowane, często skórzane z wygrawerowanym na złoto tytułem i autorem. Część z nich jest oprawiona w płótno, część starannie obłożona w szary pergamin. Na pergaminie pięknym pismem dziadka – autor i tytuł.

img_6943img_6942

książka z biblioteki dziadka. wpis na pierwszej stronie mówi: ten egzemplarz Krzyżaków Sienkiewicza nabyłem w październiku 1939 r, gdy w Poznaniu pod okupacją hitlerowską zaczął się srożyć ucisk polskości. Byłem wówczas w księgarni Tetzlaffa przy Placu Wolności i proszono mnie, abym nabył jeden z ostatnich egzemplarzy Krzyżaków, które wyłapywała i niszczyła policja niemiecka.
Egzemparz ten schowałem w listop. 39r na strychu naszego domku przy ul. Miłej 18a, gdzie szczęśliwie przetrwał do naszego powrotu na wiosnę 1945r.

Aby wziąć książkę do ręki najpierw sięga się po flanelową suchą szmatkę, która była kiedyś miękką koszulą. Szmatka wisi na przyszytej przez dziadka haftce, zawsze w tym samym miejscu. Dziadek bierze szmatkę, potem książkę i przeciera jej wierzch.
Pyta czy myłam ręce.
Siadam w jego starym fotelu, który kiedyś odziedziczę i zaczynam czytać.
Fotel, lampa, książka i ja. Nic więcej się nie liczy, nic więcej nie istnieje.
Nie wiem, kiedy robi się wieczór, ze świata powieści, bardziej realnego niż ten za oknem, wyrywa mnie babcia wołając na kolację. Czy będzie dziś mój ulubiony omlet francuski z waniliowym serkiem? Nie wiem. Nawet dla omleta ciężko pożegnać ten zaczarowany świat, wyjść z kręgu światła rzucanego przez zieloną lampę.

Tego świata już nie ma, nie ma ekslibrysów, katalogowania swoich książek, szelestu kruchego papieru najwyższej jakości. Wydaje się też, że nie ma tych wspaniałych powieści, pisanych z rozmachem, z wiedzą historyczną i wnikliwą psychologiczną głębią. A może nie? Może tylko tak się nam wydaję?
To u dziadka na fotelu czytałam sagę rodziny Buddenbrooków i teraz wróciłam do tych chwil za sprawą innej książki. Tą książka są Korekty Jonathana Franzena.
Obydwie powieści dzieli 100 lat i ocean a łączy historia upadku rodziny, co Buddenbrookowie mają przecież w tytule.

screen-shot-2016-10-04-at-18-15-05

„Korekty „przypomniały mi Buddenbrooków z racji rozmachu z jakim są napisane oraz z racji melancholii i smutku, który zawsze towarzyszy schyłkowi. Opisana rodzina Lambertów jest właśnie u kresu – nieszczęśliwe, stare małżeństwo i trójka dzieci, które dawno już wyszły z domu i mają do niego przyjechać na „ostatnie święta”.
Podobnie jak u Manna dekadencką atmosferę powieści podkreśla ironia i czarny wręcz humor. To współczesna tragikomedia i farsa na społeczeństwo amerykańskie.
Nie brak w niej również proroczych wglądów (powieść została wydana dzień przed zamachem na WTC).
Przeczytałam ją jednym tchem bo choć mówi o amerykańskiej rodzinie po tych kilkunastu latach od jej wydania, jest bardzo aktualna również dla nas. Wiadomo, wszystko przychodzi z Ameryki:) więc zachowania i kody kalekiej (a może po prostu takiej jaka jest) komunikacji miedzy najbliższymi sobie ludźmi są łatwo rozpoznawalne.
Do Buddenbrooków chciałam ostatnio wrócić – nie dałam rady. Ale w powieści Franzena odnajduję jeszcze inne tropy. To mój ukochany kiedyś Kurt Vonnegut i jego zabójczy (nie zawsze śmiechem) pazur.
„Korekty”  to lektura gorzka ale polecam, sama zachęcona odnalezieniem tej pozycji w kanonie literatury XXI wieku ogłoszonej przez BBC.
Czas otrzepać się z pajęczyn i odłożyć XX wiecznych mistrzów – są nowi, którzy, mam nadzieję, pomogą zrozumieć ten dziwny świat.

screen-shot-2016-10-04-at-18-15-36

“ Och, mizantropia i gorycz. Gary chciał cieszyć się tym, że miał bogactwo i wolny czas, ale Ameryka czyniła to niełatwym zadaniem. Wokół niego miliony nowo wyhodowanych, zaangażowanych milionerów uporczywie brały udział w pościgu za poczuciem niezwykłości – za nabyciem idealnej posiadłości wiktoriańskiej, za rozdziewiczeniem nietkniętego stoku narciarskiego, za zaprzyjaźnieniem się z jakimś znanym szefem kuchni, za zlokalizowaniem plaży, której nie dotknęła ludzka stopa.
Oprócz tego były jeszcze dziesiątki milionów młodych Amerykanów, którzy nie mieli pieniędzy, ale i tak gonili za Superżyciem. Tymczasem smutna prawda była taka, że nie każdy mógł być niezwykły, nie każdy mógł być Supergościem, bo kto wówczas pozostałby zwyczajnym człowiekiem? Kto odwaliłby niedocenioną robotę bycia stosunkowo niesuper?”
do tego pięknego opisu po tych kilkunastu latach można by dodać jeszcze pzyjaźń ze znanym fryzjerem i trenerem osobistym:)

i takie perełki

“ brak chęci wydawania pieniędzy uznaje się za objaw choroby wymagającej kosztownego leczenie”

“rozglądała się dookoła i widziała dwustu dobrych ludzi i ani jednego niedobrego. Wszyscy jej znajomi byli porządni i mieli porządnych znajomych, a ponieważ porządni ludzie zwykle miewają porządne dzieci, świat Enid przypominał trawnik tak gęsto obsiany trawą, że chwasty nie miały tam żadnych szans. Prawdziwy cud porządności.

“ całe życie Gary’ego było zaplanowane jako korekta, jak poprawianie życia ojca…dlatego Gary nie miał wyboru i musiał walczyć, zagryzać nieustannie zęby i robić, co w jego mocy, żeby cieszyć się życiem…”

“Niemożność jest atrakcyjna.”

“To, co człowiek w sobie odkrywa w związku z wychowywaniem dzieci, nie zawsze jest miłe i atrakcyjne”.

“Wszyscy jesteśmy tak stworzeni, że myślimy, że nasze dzieci sa od nas ważniejsze, rozumiesz, i przez nie spełniamy się w życiu.”

“Chipa uderzyły ogromne podobieństwa między czarnym rynkiem na Litwie i wolnym rynkiem w Ameryce. W obu krajach wszystkie bogactwa były w rękach nielicznych posiadaczy; zanikły wszystkie istotne różnice między sektorem prywatnym a publicznym; potentaci handlowi żyli w nieustannym strachu, który zmuszał ich do bezlitosnego powiększania imperiów; zwykli ludzie żyli w nieustannym strachu, że zostaną zwolnieni, i wiecznej konfuzji co do tego, który prywatny fundusz może nagle wykupić na własność  publiczną do tej pory instytucję; ekonomię w ogromnej większości napędzały elity i ich nienasycone pragnienie luksusu…Główna różnica między Litwą a Ameryką zdaniem Chipa polegała na tym, że w Ameryce kilku bogaczy niewoliło tłumy biedniejszych od siebie za pomocą ogłupiających i zabijających sumienie rozrywek, gadżetów i leków, podczas gdy na Litwie kilku wpływowych ludzi gnębiło resztę obywateli za pomocą siły i przemocy”.

Z dziadkiem „Korekty” mają jeszcze inne powinowactwo – dziadek był pedagogiem, godzinami pochylonym nad pracami swoich uczniów oraz nad swoimi własnymi i drobnym, pochyłym pismem nanosił na marginesach korekty. Takim go pamiętam.

 

Mus z awokado i piękna książka

Screen Shot 2016-05-01 at 21.16.13

Rzadko kiedy tak emocjonalnie wiążę się z bohaterami, czuję się świadkiem, obserwatorem, który chciałby dostać się do środka opowieści i szeptać, pomagać, przekazywać wiadomości – przecież przez 200 stron tej niezwykłej historii bohaterowie nie maja ze sobą żadnego kontaktu. A przecież nic zrobić nie można… ich los prowadzi nieuchronnie, tak jak rzeka, po której płynie główny bohater, do ujścia, którego najmniej się spodziewają i oni i my.
Piszę o książce Petera Carey’a “Oskar i Lucynda”. Wzruszyła mnie do głębi, choć nie połknęłam jej w jedną noc (zakładając że 600 stron nie jest przeszkodą). To powieść w którą zanurzamy się i w której akcja jest pochodną atmosfery. Zresztą sam Carey wyznał, że pisząc książkę nie miał w głowie historii miłosnej i sam był zaskoczony jak się wyłoniła i stała się głównym źródłem emocji.
Rzecz dzieje się w XIX wiecznej Australii i Anglii a bohaterami jest dwoje ekscentryków – duchowny hazardzista i młoda panienka, łamiąca wszelkie standardy ówczesnej roli kobiety. Zresztą i teraz byliby nietuzinkowi – rudowłosi outsiderzy, niełatwi, zdawałoby się nieudolni i nieprzystosowani.
Tych dwoje wsiada razem na statek w Anglii a my śledzimy ich losy już wcześniej.
Oscar opuszcza ojca, badacza fauny nadbrzeżnej, buntując się przeciwko ascetycznemu wychowaniu i postanawia zostać anglikańskim pastorem.
Łzy spływały mi po policzkach przy scenie z kawałkiem bożonarodzeniowego puddingu.
Potem studiuje na Oxfordzie, gdzie jego bieda i ekscentryczność zyskują mu miano dziwoląga. Zaprzyjaźnia się jednak z barwnym hulaką i dzięki niemu trafia na tory wyścigowe. To też scena wręcz filmowa, gęsta jak wilgoć i para ze spoconych końskich grzbietów. Dalej mamy wszelkiego rodzaju gry hazardowe, którym pastor poddaje się widząc je jako zesłane wręcz od boga. Pieniądze w ten sposób zdobyte mają pomóc w studiach teologicznych. Ale stanowią też przewrotną licytację, zakład z bogiem przy jednoczesnym poczuciu niewinności. Oscar jest dla mnie jedną z najbardziej skomplikowanych i niezrozumiałych postaci w literaturze.

cała nasza wiara, panno Leplastrier, jest rodzajem zakładów. Wszyscy stawiamy na coś – wyłożył to mądrze Pascal…Stawiamy mianowicie na to, że istnieje Bóg. Stawką jest nasze życie. Szacujemy zyski i straty i liczymy, że znajdziemy się wraz ze świętymi w raju. Nad ranem budzimy się zlani potem niepewni owej wygranej. W pełni zimy wyskakujemy z łóżek i padamy na kolana. A Bóg nas widzi, ogląda nasze cierpienia. I jakże ów Bóg – Bóg, który widzi nas klęczących na zimnej posadzce…
nie mogę pojąćciągnął Oskar – dlaczego Bóg, który tak stanowczo wymaga od nas, ludzi, byśmy wdali się w tę hazardową grę o nasze dusze, byśmy się tą grą zajmowali w każdej sekundzie życia…tak, to prawda! Musimy stawiać wszystko na kartę Jego niedającego się udowodnić istnienia.”
Inaczej postrzegają to jego zwierzchnicy, zostaje wiec wysłany do Australii aby tam nieść światło wiary. Jedna z dramatyczniejszych scen to ta, kiedy widzi go po raz pierwszy Lucynda – pakowanego w klatce dźwigiem jak zwierze na pokład statku. Oskar bowiem ma lęk przed wodą tak wielki ze staje się on jego fobią.
Lucynda wraca natomiast z Anglii do Australii po nieudanej próbie znalezienia sobie męża na starym kontynencie. Jest już sierotą, dziedziczką fortuny która pozwoliła jej kupić hutę szkła w Sydney. Ona też jest nieprzewidywalna i bezkompromisowa. Igra z losem, stawiając w grach karcianych swoją fortunę, aż do momentu kiedy postawi wszystko na jedną kartę.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.04.45

Cate Blanchett i Ralph Finnes w filmie z 1997

Losy ich splatają się w tym momencie i meandrują tajemniczymi zakolami, prowadzącymi przez rozmaite krajobrazy: od wybrzeża Anglii, przez doki w Sydney i australijski busz.
Jest to jedna z najbardziej poruszających historii miłosnych jakie kiedykolwiek czytałam. Książka coraz głębsza im dłużej myślę o niej po zakończeniu lektury – wszechobecna woda, która we wszystkich archetypowych wyobrażeniach mówi o naszych emocjach, uwarunkowania bohaterów: Oscar osierocony przez matkę, z zamrożonymi uczuciami do ojca, Lucynda osierocona przez ojca, z silną matką, która wychowywała ją samotnie.  Uwarunkowania, które mimo wręcz rewolucyjnych charakterów, wracają echem uniemożliwiając bohaterom prostą komunikację. Miłosne powinowactwo dusz, surrealistyczny zakład i jego realizacja,  przedzieranie się przez busz i brutalne wyżynanie tubylców…pod koniec książki powietrze jest gęste i lepkie a atmosfera coraz bardziej wariacka. Ach, można byłoby głębiej zanurzać się do tej studni:)

Dla równowagi skomplikowanej historii Oskara i Lucyndy, najprostsze na świecie śniadanie na 2 osoby.

Screen Shot 2016-05-02 at 13.18.00

1 awokado
1/4 świeżego ananasa
garść świeżego szpinaku
1 mały ogórek gruntowy
1/2 cm obranego korzenia imbiru
łyżka oleju lnianego
1/2 szklanka wody

Wszystkie składniki blendujemy i podajemy w miseczkach.
Awokado dobry jest na miłość, ogórek to świeżość, szpinak moc, ananas słodycz a imbir szczypta pikanterii. Olej zaś dobry jest na wszystko.

 

 

 

 

 

„Niewola” i przaśny chleb

Choć w Polsce są cztery pory roku, coraz bardziej dyskusyjne, to my dzielimy rok na dwie części – czas kiedy mamy mniej gości a to sprzyja czytaniu i czas od wiosny, kiedy oprócz książek kucharskich trudno znaleźć chwilę na lekturę..
I tak owinięci w kocyki i umoszczeni przed kominkiem pochłaniamy kolejne tomy.

Maciej pierwszy przeczytał “Niewolę”, węgierskiego pisarza Gyórgy Spiró i był szczerze zachwycony.  Sięgnęłam po książkę wiedząc, że z całą pewnością będzie to kawał dobrej literatury, gust mojego męża jest bowiem bezsprzeczny ale z pewnym ociąganiem – 900 stron!

Screen Shot 2016-02-06 at 16.44.39
Ostatnio, nie przebrnęłam przez moją kochaną Tokarczukową, żałując, że jej Księgi Jakubowe nie były o połowę krótsze:) Myślę, że stałoby się to bez szkody dla dzieła ale to oczywiście tylko moja niepopularna opinia sądząc po Nike, którą zgarnęła.
W “Niewolę“ wkręcałam się bardzo powoli. Nie zachwycił mnie język ani bardzo powolna narracja. Poszłam jednak za radą Macieja, który uważał, że powieści tej należy dać popłynąć, nic nie pospieszać, niczego nie oczekiwać. No i było coś intrygującego w postaci głównego bohatera – pewna rezygnacja i uległość z którą przyjmował swój los, która nie oznaczała jednak braku siły.
Uri, bo o nim tu mowa jest 19 letnim pierworodnym synem Żyda z rzymskiego Zatybrza. Jego rodzina żyje w biedzie – ojciec Jakub trudni się handlem ale na skutek licznych podatków na rzecz Rzymu jak i dla żydowskiej wspólnoty oraz Świątyni w Jerozolimie, ledwo wiąże koniec z końcem. Na dodatek Uri cierpi na poważną wadę wzroku, która eliminuje go z możliwości podjęcia jakiegokolwiek zajęcia. Niezdolny pomóc ojcu czuje się przez niego niekochany .Całymi dniami czyta i włóczy się po Rzymie, poznaje kilka języków bo choć natura pozbawiła go dobrego wzroku obdarowała go fenomenalną pamięcią.
Pewnego dnia, ku swojemu zaskoczeniu, Uri dowiaduje się ze będzie członkiem delegacji do Jerozolimy, która złożona z szanowanych obywateli ma przewieźć coroczny podatek na święto Pesach. Uri nie wie jak do tego doszło – on, ostatni z ostatnich wśród znamienitego towarzystwa? Uszczęśliwiony opuszcza rodzinny dom. Tak zaczyna się jego kilkuletnia tułaczka – z Rzymu do Jerozolimy, gdzie dostaje się do więzienia, dalej przez Judeę do Aleksandrii, gdzie jest studentem największej w ówczesnym świecie Biblioteki Aleksandryjskiej i z powrotem do Rzymu.
Z jednakowym spokojem i zadziwieniem, które nie raz ratuje go od śmierci, przyjmuje Uri swój los.
W Rzymie towarzyszymy mu aż do jego śmierci za panowania cesarza Tytusa.
Przez karty książki obok fikcyjnych postaci przewijają się Kaligula, Klaudiusz, Neron, filozof Filon oraz…Jezus.
Pomysł powieści przypomniał mi trochę mój ukochany film Zelig, gdzie Woody Alen nieoczekiwanie pojawia się koło Hitlera, Papieża i innych historycznych postaci.
Bo akcja Niewoli tak się układa, że zupełnie “niechcący” Uri znajduje się za każdym razem w centrum wydarzeń antycznego świata.
Po skończeniu książki doceniłam jej cały kunszt. Oprócz drobiazgowych szczegółów życia żydowskiej diaspory, zwyczajów i czasem zupełnie szokujących w swojej brutalności nakazów wiary lub raczej jej interpretacji, jest ona zachwycającą opowieścią o kole życia.
Początkowo opowieść snuje się wolno, przeszło połowa książki to pierwszych parę lat, potem wraz z wiekiem wszystko nabiera przyspieszenia aby pożegnać się z Urim, kiedy sam wychował dwóch synów i dwie córki i  ma już wnuki.
“Uri przebiegł myślami swoje życie i stwierdził, że niezliczoną ilość razy mógł przecież sądzić, że nic gorszego niż to, co się jemu przytrafiło, nikomu przytrafić się nie mogło, a jednak wcale tak nie sądził.
Co sprawiło, że byłem taki cierpliwy? I taki pokorny? Czy spodziewałem się, że będzie mi dane inne życie? Jeśli wytrzymam to, które mam w nagrodę dostanę piękniejsze?…
Starzejąc się, Uri miał wrażenie, że na wszystko w głębi duszy macha ręką. Może tak właśnie Wiekuisty objawia łaskę, ułatwia swemu wyznawcy odejście ze świata, zsyłając na niego przemożną niechęć do życia..”

Powieść ma tyle warstw!
Piękny portret niejednoznacznej postaci, pełnej wahań i nieumiejętności, niedoskonałości, bólu i tęsknoty. Przede wszystkim syna, który kocha ojca nad życie i chce zasłużyć na miłość ojca. Nie wie, że ta miłość jest  i na nic nie musi zasługiwać. Trudna miłość ojca do syna, który nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom.

Oprócz warstwy psychologicznej jest obyczajowa – wnikliwe i drobiazgowe odtworzenie atmosfery żydowskich diaspor I w n e. Relacje w rodzinie, zwyczaje i codzienne życie – cały piękny opis pobytu Uriego na pustynnej Judei. Dramatyczna pozycja kobiet – czy to sióstr, czy żon, matek czy kochanek.

Jest też polityka – dzięki Spiró zaglądamy za brudne kulisy (jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do tego jak i przez kogo pisana jest Historia) i splątana z nią nierozerwalnie religia (w dobrym czasie pojawili się nazarejczycy z Pomazańcem, którego spotykamy na chwilę w celi).
Polityka zaprzęga religię, a jeśli istnieje taka potrzeba wręcz ją kreuje  a przez nią wpływa na obyczajowość, zasady i normy.
“My już nie będziemy się wygłupiać – odparł Uri – nadchodzą czasy śmiertelnie poważne, pozbawione humoru, pogody ducha, fantazji…Nadchodzą wojny religijne, nie imperialne.
– W Rzymie również – zauważył Apollos.
– Nie sądzę – odrzekł Uri – Tam Żydów jest garstka, nie liczą się, więc zostawią ich w spokoju, tyle się tam kłębi ważniejszych nacji. Tu jednak będzie strasznie. Aleksandria stanowi przykład, tworzy modę. Tam gdzie żyje znacząca mniejszość żydowska, w Afryce, w Azji, gdziekolwiek, zostanie zgładzona. Nie tak niedbale, powierzchownie, idiotycznie jak tutaj: tam najpierw przygotują Strefę, porządnie ją ogrodzą, zaplanują, celowo i dokładnie, nie tak głupio, spontanicznie jak tu, i dopiero potem zagnają do niej Żydów. Którzy już stamtąd się nie wydostaną.
– ja też tak twierdzę – żachnął się Apollos – To samo twierdzę! Jeśli Żydzi wyrzekną się statusu narodu wybranego, zachowując wszystko inne, nie będzie ich za co mordować!
To się nie uda – powiedział Uri – Każdy cios będzie wzmacniał ich wiarę, że są wybrani. Ojciec bije tylko własnego syna, cudzego syna nie bije. Mój ojciec mnie odtrącił, kiedy się okazało, że kiepsko widzę; ślepota cudzego syna go nie oburzała!”

Myślę sobie o tytule. Dlaczego “NIEWOLA”? Przecież już dziadek Uriego wykupił się z niewoli, Jakub, jego ojciec był wolny, Uri także. Więcej pisać nie mogę bo zdradzę fabułę ale ciekawe byłoby posłuchać czym dźwięczy ten tytuł dla każdego z nas.

Bardzo aktualna książka, nie sądziłam , że tak bardzo.

I na koniec prosty przepis przaśny chleb czyli taki, który jest pieczony bez zakwasu i bez drożdży. Przewijał się przez strony powieści, jako podstawa wyżywienia, bardzo często upragniona. U nas w wersji bezglutenowej, z niepalonej kaszy gryczanej.
Przepis pochodzi z bloga http://www.natchniona.pl/
i jest naszym objawieniem

IMG_6012

50 dag niepalonej kaszy gryczanej
3 łyżeczki soli himalajskiej
750 ml wody – 3 szklanki – dałam więcej wody niż w przepisie bo dodaję ziarna chia i pestki słonecznika i dyni

Kaszę opłukać na sitku, zalać wodą, zostawić na min. 8 godzin. Przemieszać. Kasza napęcznieje bardzo nieznacznie i będzie lekko lepka. Zostawić a kolejne 8 godzin. Wieczorem zmiksować, wymieszać z solą i pestkami, przelać do foremki – u mnie mała foremka aluminiowa o wielkości 12×24 wypełniona prawie po brzegi ale ciasto nie rośnie i nie wypływa.

Rano wstawić do zimnego piekarnika i nastawić na 200 st. W przepisie pieczenia to 50 min. Mnie zajmuje to 1.15

Zaskakująca zupa Misi

W lipcu przyjechała do nas Maria Żelazny, czyli moja córka Misia. Gotuje pysznie, zaskakująco łącząc polskie produkty ze wschodnimi technikami i sposobami podawania. Z niczego wyczarowuje coś – uwielbiamy Jej zachwyt nad prawie pustą lodówką:
– „jak to nic nie ma? A ten kawałek selerka i zeschły serek? masz jeszcze trochę pęczaku? No to za 20 minut obiad”.
Stoję zawsze osłupiała a po chwili siadam nad aromatycznym daniem. Smakuje cudnie. Pewnie to charakterystyczne dla wszystkich, którzy sami gotują dużo. Kiedy role się zamieniają, kiedy jesteśmy ugoszczeni lub ktoś za nas pomyśli co tu dzisiaj zrobić na obiad, jesteśmy w siódmym niebie .

Tak też było z tą zaskakującą zupą z soczewicy, którą Misia wprowadziła do naszego stałego menu.
Podane proporcje starczą na duży garnek zupy na dwa dni dla trojga lub trzy dni dla dwojga:)
– 2 łyżki oliwy z oliwek
– 1 łyżeczka kminu rzymskiego
– 1/2 łyżeczki kurkumy
– duża marchew
– korzeń pietruszki
– 1/4 selera
– dwa ziemniaki obrane i pokrojone w dużą kostkę
– 1/2 łyżeczki startego imbiru
– 2-3 ząbki czosnku
– listek laurowy, pieprz czarny, sól do smaku
– 1 szklanka zielonej soczewicy opłukanej na sicie
– 3 ogórki kiszone wraz z wodą z kiszenia (około szklanki, w zależności jak kwaśne zupy lubimy)
– 5 cm pokrojonej cieniutko, kiszonej rzodkwi lub zamiennie pokrojone oliwki
– łyżka soku z cytryny
– parę plasterków cytryny ze skórką do podania
– natka pietruszki do posypania
Na oliwę wrzucamy kmin i kurkumę, przesmażamy mieszając 1 minutę, potem dodajemy pokrojone w kostkę marchew, seler, pietruszkę i ziemniaki. Dalej podsmażamy ok 3 minut, dodajemy imbir, czosnek, soczewicę. Całość zalewamy 2 litrami wrzątku. Dodajemy przyprawy. Gotujemy ok. 20 min aż soczewica będzie miękka. Na koniec dodajemy pokrojone w plasterki ogórki, rzodkiew – dla mega zdrowia – i wodę z ogórków. Dosmaczamy sokiem z cytryny, dodajemy plasterki cytryny dla urody i pietruszkę dla urody i zdrowia.

IMG_5003

Jest to oryginalna wersja naszej rodzimej ogórkowej a kiszona rzodkiew dodaje trochę tajemniczości.
– „Co to takiego tu pływa?” – próby odpowiedzi bywają rzeczywiście zabawne. A dobry humor przy stole to przecież większość sukcesu kulinarnego.

Na zdjęciu poniżej produkcja Misi – biała kiszona rzodkiew czyli takuan a dalej opis tego smakołyku, który zaczerpnęłam z Jej bloga http://cookingfastandslow.eu/

IMG_5193

Jest to rodzaj kiszonki z białej rzodkwi, popularnej w Japonii ale nie tylko – w Korei czy Wietnamie robi się podobne. Takuan ma żółtawą barwę – tradycyjnie otrzymywano ją przez dodawanie naturalnych przypraw np. suszonych owoców gardenii, skórek persymona czy kurkumy. Takuan zawiera dużo witamin z grupy b (które przenikają do kiszonki z otrębów ryżowych), bakterie i enzymy wspomagające trawienie i rozkładanie złożonych węglowodanów na cukry proste. Receptura na takuan opracowana została przez buddyjskich mnichów około XVI wieku i szybko zaadoptowana została zarówno do prostej diety świątynnej jak i diety codziennej wojowników i świeckich. W Japonii podaje się ją jako dodatek lub najczęściej – jako zakończenie posiłku. Ze względu na obecność enzymów i pożytecznych szczepów bakterii jest nieodzownym elementem w diecie makrobiotycznej.

Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem to oprócz śledzenia bloga nadarza się wspaniała okazja do posłuchania wykładu Misi o kiszonkach już 9.11 w ambasadzie japońskiej.

20151109